Przemiana vol. 1

Historię swojej przemiany postanowiłem podzielić na trzy etapy. Dziś mam zamiar przedstawić Wam pierwszą część, obejmującą lata w których właściwie zacząłem tyć aż do momentu w którym mogłem powiedzieć, że nadwaga została zwalczona, a ja stanąłem na początku swojego biegania na poważnie 🙂

Wczesne lata

Od dzieciństwa potrafiłem za sobą usłyszeć określenie „spaślak” i z tego powodu niejednokrotnie łapały mnie kompleksy. Dodatkowo, nawyki żywieniowe lat 90 zupełnie nie służyły poprawie mojej młodej „tuszki”.  Jednym z najbardziej zapisujących się w mojej pamięci wspomnień z tamtych lat jest sen, w którym śniło mi się, że spotykam w niebie swojego kolegę, który w tamtych czasach również był przy kości. Stwierdziłem że jest to oczywiste, że tak młodo się tam widzimy, w końcu grubi umierają szybciej.

Sportowy młodzieniec

W młodości uprawiałem kilka dyscyplin sportowych i podejmowałem też próby zejścia do normalnej wagi – między innymi trenowałam kajakarstwo, które całkiem nieźle wyciągnęło mnie kondycyjnie i po raz pierwszy mogłem poczuć, jak to jest być szczupłym. Oprócz przyjemności pływania po Odrze i jeziorach już wtedy odkryłem, że jednym z moich ulubionych elementów treningu były wybiegania, zwłaszcza te wokół jeziora w Choszcznie podczas obozów sportowych. To był jeden z tych niewielu momentów, w których mogłem zostać zupełnie sam ze swoimi myślami i działało to na mnie niezwykle odprężająco. Następnie próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, a dokładnej w pchnięciu kulą, gdyż niestety znów stawałem się powoli „miśkowaty”.

I niestety jeden z tych treningów okazał się dla mnie wieloletnią zgubą w postaci zwichnięcia kolana….

Po zastosowanej kuracji (głównie objawowej) przez lata żyłem w przekonaniu, że powinienem unikać aktywności fizycznej, która mogłaby doprowadzić do przeciążeń nóg i kolejnej kontuzji kolana. I tym sposobem przeszedłem w tryb młodzieńczo-kanapowy, a moją główną aktywnością fizyczną było włóczenie się, surfowanie po internecie oraz używki.

Okres sportowego marazmu

Od tamtego momentu rozpoczęło się moje wieloletnie tycie i kiedy zauważyłem jak jest ono poważne, moja waga dobijała już do 100 kg. To był rok 2010, kiedy nastąpił mój pierwszy plan ratunkowy i wstępne próby powrotu do normalnej wagi. Wybrałem bieganie, a mój zapał był wręcz niewiarygodny! Kupiłem Kalenji Ekiden 75 i dostatecznie szerokie dresy, żeby nie było widać jak bardzo jestem gruby. Truchtałem te 3 km jak najpóźniejszą nocą, by nikt nie zauważył mojej komicznie wyglądającej i zasapanej postaci, starającej się za wszelką cenę zrzucić nadprogramowe kilogramy. Zarazem nie miałem jeszcze zielonego pojęcia o diecie (ani zdrowym odżywianiu), więc ponoszony wysiłek był bardzo szybko nadrabiany kaloriami z jedzenia. Zdarzało mi się również chodzić biegać po piwie, a obowiązkowym elementem schłodzenia bywał papieros.

Po kilku tygodniach pojawił się pierwszy ból kolan, a mój zapał zgasł. Kilka miesięcy później wykonałem badania, które wykazały u mnie niedoczynność tarczycy, a której objawy były jedną z głównych przyczyn mojej nadwagi. Świadomość nieuleczalności tego schorzenia doprowadziła mnie do jeszcze bardziej przygnębiających myśli, przy których bieganie wydawało się być bezsensowne. Zawiesiłem wtedy swoje Kalenji na sznurku. Następne 2 lata były pasmem coraz większego wycofywania się z kontaktów międzyludzkich – czułem się naprawdę źle w swoimi ciele, ale zarazem czułem się skazany na swój wygląd. Zdarzały się też sytuacje z pozoru komiczne, jak pęknięcie garnituru podczas powrotu z obrony pracy inżynierskiej… Co jakiś czas bywały krótkie (może dwutygodniowe) zrywy, po których efektu i tak nie byłoby widać.

Aż nadszedł rok 2013….. Kończyłem swoją pracę magisterską, a poza jej pisaniem nie stroniłem od specjałów typu kebab, pizza i podwójny tatar. Były Święta Wielkanocne, a moja domowa waga po „sytym” świątecznym dniu pokazała, że ważę prawie 112 kg… Po kolejnej, corocznej wyżerce coś we mnie pękło i stwierdziłem, że potrzebuję radykalnych działań, jeśli chcę coś w tym życiu osiągnąć.

Przejście na wegetarianizm

Wybór wegetarianizmu wydawał mi się wystarczająco radykalny, a zarazem zgodny z moim systemem wartości, gdyż aktywnie udzielałem się na polu niesienia pomocy bezdomnym zwierzętom. Tak naprawdę pierwsze myśli o wegetarianizmie pojawiały się w mojej głowie już w 2006 roku, jednakże uległem wtedy presji rodziny i otoczenia przez co dość szybko zaniechałem tej próby. Rok 2013 prezentował natomiast zupełnie inne realia – mieszkałem sam, a moim głównym źródłem komunikacji z innymi oprócz najbliższych był internet. Pierwszą osobą, której oznajmiłem o tym, że przechodzę na wegetarianizm była moja ówczesna dziewczyna (a obecnie Żona 🙂 ), która słusznie zresztą założyła, że to pewnie tylko kolejny z moich zrywów, jakie miewałem okazje prezentować na przełomie lat, a to jeszcze bardziej mnie zmotywowało do bycia konsekwentnym w swoich działaniach. Z zacięciem zająłem się sprawdzaniem każdego w miarę rozsądnego finansowo przepisu 🙂

Zaskakująco szybko zacząłem tracić kilogramy, zarazem wcale nie będąc głodnym. Przy sporym udziale jazdy na rowerze górskim z początkowych 111 kg moja waga spadła do 91,6 kg w ciągu zaledwie 1,5 miesiąca (od 8 kwietnia do 20 maja).

I kiedy wszystko szło już dobrze, na mojej drodze do schudnięcia pojawiła się pierwsza przeszkoda, a mianowicie strzeliła korba w moim rowerze. Jak na mój ówczesny skromny, bo studencki budżet ta awaria była niemożliwa do szybkiej naprawy. Ale miałem w zanadrzu plan awaryjny – Kalenji sprzed 3 lat, które wystarczyło tylko odkurzyć, aby znów dzielnie służyły mi na ścieżkach biegowych. Jedyne czego wtedy potrzebowałem to już trochę węższych dresów, gdyż poprzednie po prostu ze mnie spadały.

Pierwszy bieg.

20 maja wybrałem się na moje pierwsze bieganie, przed którym nawet coś tam poczytałem na temat treningu, że trzeba zacząć ostrożnie i powoli. Pełen zapału zdecydowałem na wariant ekstremalny, czyli 9 km w komfortowym tempie. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie pierwszy mijany biegacz, był to pan z wyglądu grubo po 50, który pozdrowił mnie wysokim uniesieniem dłoni i powiedział „cześć”. Poczułem wtedy pierwszy raz atmosferę więzi, jaka występuje między biegaczami (obecnie już jest ona rzadsza). Zrodziła się też wtedy moja maksyma, która jest właściwie do dzisiaj dla mnie myślą przewodnią i która powinna szumieć w głowie każdego biegacza, bez względu na cele i prezentowany poziom sportowy – „Nieważne jak wyglądasz, i jak człapiesz. Ważne że robisz coś co niesie ci frajdę i sprawia, że czujesz się lepiej”. Po tym wybieganiu przez tydzień ledwo wchodziłem po schodach, ale od dawna nie byłem z siebie tak zadowolony 😀 Jak tylko wydobrzałem, przestudiowałem plany treningowe dla początkujących. Wśród nich znalazł się jeden o tytule  „Maraton w 5:30 – 30 tygodni dla biegających 3 i 4 razy w tygodniu”, każdy chętny może go sprawdzić tutaj. Wielką inspiracją dla mnie była też postać „Małego” z blogu Biegacz z Północy, który po tytanicznej pracy już wtedy osiągnął fenomenalne efekty schudnięcia – dla zainteresowanych link znajdziecie tutaj.

Z żelazną konsekwencją wykonywałem ten 30 tygodniowy trening, a jako chroniczny introwertyk miałem założenie, że jeżeli ten plan wykonam w całości, to po tych 30 tygodniach będę chciał ten pierwszy, własny maraton przebiec całkowicie w samotności po ulubionym Lesie Osobowickim. Plany się na szczęście zmieniły 🙂

Pierwszy Start

W ciągu zaledwie miesiąca od rozpoczęcia biegania moja waga z 91,6 kg spadła do 83 kg i ciągle szła w dół. Zdecydowałem się wówczas na swój pierwszy w życiu start w zawodach biegowych – skoro byłem w stanie na luzaku przebiec 10 km w 50 minut, to czemu nie spróbować swoich sił w dorocznym 14. Biegu Śladem Konia na dystansie 4200 m.

Na trasie prawie wyplułem sobie płuca i finiszowałem z 15czasem 19:35,4 min na 63 pozycji. Po biegu miałem ogromny wyrzut endorfin i dość specyficzną statuetkę, który do dziś wyróżnia się na mojej półce z trofeami.

Postanowiłem również zmienić sposób trenowania – wiedziałem już, że nie zdążę rzetelnie się przygotować na żadne większe zawody, ale cieszyłem się swoimi 74 kilogramami, które przywitałem już we wrześniu 2013 roku i z optymizmem patrzyłem na nowy sezon. Swoje pierwsze 20 kilometrowe rozbieganie wykonałem w dniu 31 Maratonu Wrocławskiego.

Pojawiały się oczywiście przejściowe problemy początkującego biegacza takie jak drobne kontuzje czy też brak motywacji, jednakże przezwyciężałem je stopniowymi krokami w pracy nad sobą.

Ale o tym już w następnej części 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s