Źrodła mojej motywacji

Motywacja według Encyklopedii PWN to

proces regulacji psychicznych, nadający energię zachowaniu człowieka i ukierunkowujący je; może mieć charakter świadomy lub nieświadomy 

W dzisiejszym wpisie postaram się przedstawić moje spojrzenie na rzecz potrafiącą mieć aż tak okrutnie techniczną definicję.

Serdecznie zapraszam do lektury.

Jak już niektórzy wiedzą z historii Przemiany, kiedyś byłem antywzorem człowieka umotywowanego. Wmówiłem sobie na jakiś okres czasu, że zupełnie nie mam pasji co pogrążało poczucie własnej wartości.

Umotywowany zmianą wyglądu

Z rozpoczęciem Przemiany motywacja przejawiała się w ogromnym pragnieniu schudnięcia, jarałem się tempem spadku cyfry na swojej wadze. Jednocześnie moje samopoczucie ulegało ciągłej poprawie a obecna narzeczona (a teraz Żona) nie mogła wyjść z zachwytu, że jest w stanie złapać się obiema dłońmi na moich plecach podczas przytulania co nie zawsze było dość oczywiste 😉 W tym „bieganiu dla zdrowia”, prócz efektu zrzucania wagi silny wpływ motywujący miało też odczuwanie synestezji barw i dźwięków podczas pokonywania kilometrów w lesie. Dodatkowo wyrzuty endorfin przynosiły przysłowiowy banan na twarzy mimo okropnego zmęczenia. Osiągane szybkości były dla mnie wtedy kompletnie drugorzędne.

Ambicje amatora

Wraz z rozpoczęciem biegania dla wyników to „zauroczenie” osłabło,  organizm się przyzwyczaił do endorfin. Oczywiście dużym motywatorem jest fakt, że moja Żona jest zawsze ze mnie dumna 😉  Niestety „proza biegacza”, tak wspólna dla nas wielu w postaci rosnących zobowiązań rodzinnych i zawodowych powodują, że jestem wiecznie spóźniony. Jak zdecydowana większość balansuję w niedostatku czasu i przez to biegam o różnych porach, zależnie od planu na dzień. Jeżeli trening jest wystarczająco lekki by wykonać go na czczo to działam skoro świt. W przeciwnym wypadku muszę przenosić to na wieczór i drżę w pracy czy wieczne nadgodziny pozwolą mi w miarę beznerwowo i skutecznie odbyć sesję, by wyrobić się z pozostałymi obowiązkami. Wypadałoby się jeszcze wyspać, ale weź tu jeszcze zaśnij człowieku, jak już można – ta sztuka jest dla mnie trudniejsza niż bieganie.

Skąd więc mam teraz motywację do biegania?

Nieraz zadawałem sobie uporczywie pytanie – Czemu nie rzucić tego wszystkiego i denerwować się gorszymi treningami, a nawet całymi tygodniami złych treningów.  Czy nie lepiej iść sobie potruchtać 45 minut, tak około 4 razy w tygodniu ale bez większych zobowiązań. Żeby nie przytyć wystarczyłoby się trzymać bilansu kalorycznego.

Wtedy zaraz przypominam sobie drugi efekt uboczny, może nie tak widoczny optycznie ale bardzo wyraźny dla ludzi, którzy mnie wcześniej znali – Bieganie wykształciło we mnie charakter, którego brakowało mi przez wiele lat. Jestem znacznie bardziej konsekwentny, silniejszy i śmiały w działaniach, nie tylko tych sportowych. Odkryłem życie i emocje na nowo. O ile kiedyś lubiłem oglądać sport, to teraz znacznie bardziej odpowiada mi odczuwanie go na sobie samym.

Gdy w kalendarzu mam trudny trening to jestem cały dzień nakręcony samym faktem jego odbycia. Lubię, gdy jest o coś trudno, gdy sięgnięcie po zamierzony cel zajmie trochę czasu i będzie kosztować cierpliwość a wcale nie mam gwarancji, że będę usatysfakcjonowany efektem. W obliczu porażki i tak stwierdzę na koniec, że się postarałem. Chyba większym celem jest przysłowiowe łapanie króliczka, niż jego schwytanie. Z taką motywacją niezmiennie wkraczam w przygotowania do nowego sezonu.

Zakończę dzisiejszy wywód cytatem Leonardo da Vinci:

Łatwiej powiedzieć NIE na początku, niż na końcu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s