Cierpki smak wiosny – 44.Maraton Dębno i przemyślenia z nim związane.

Chciałoby się rzec – „Jaka piękna katastrofa”. Miesiące przygotowań i nieprzespane noce z  powodu dość niezłych obciążeń treningowych. Niestety, z porażką, z której muszę wynieść wnioski i kręcić się w tym świecie dalej.

W dalszym ciągu jestem dość mocno zmieszany tym, co się stało po 28 kilometrze maratonu w Dębnie. Nigdy nie liczyłem tego Maratonu jako „must run” na liście tras do przebiegnięcia. Ale poprzysiągłem sobie Koronę i liczyłem na naprawdę solidną walkę do samej mety.

Podczas przygotowań robiłem naprawdę wszystko, by ta relacja opisywała mój kolejny sukces biegowy. Była zwieńczeniem ciężkiej pracy nad samym sobą i swoistym podziękowaniem dla wielu, którzy mi kibicowali i we mnie wierzyli. Zgubiła mnie jednak zbytnia wiara we własne możliwości, która została brutalnie zweryfikowana przez warunki panujące w Dębnie. Wciąż w głowie rodzą mi się kolejne zdania warunkowe o treści „Gdyby nie coś, to”. Ale prawda jest prozaiczna, z chęci walki o życiówkę ten bieg został przeze mnie spieprzony po całości. Lista rzeczy, jakich powinno się unikać jest godna wpisu, który powstanie na pewno niebawem bo sezon maratoński właśnie się zaczyna.

Dzień przed startem

Jako, że postanowiliśmy się wybrać z Wrocławia solidnie wypoczęci, spałem do oporu. Zrobiłem krótki rozruch, ogarnęliśmy co trzeba i po południu wyruszyliśmy ku przygodzie. Jedyną z atrakcji podróży będących godną wspomnienia w tym tekście jest mijany Świebodzin i słynna już chyba wszędzie figura. Humor dopisywał i zupełnie nie czułem presji.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W biurze zawodów sprawy poszły bardzo sprawnie, ogromnym plusem były same pakiety startowe. Nie chodzi mi o numer, koszulkę czy też inne rzeczy takie jak ręcznik, kubek czy piwo „Dębnowskie” – zupełnie do minimum zostały ograniczone ulotki partnerów zawodów, a co zwykle jest pokaźną stertą makulatury której szybko się pozbywam.

Samo miasteczko robiło wrażenie jak wiele innych na zachodzie Polski. Senna mieścina z charakterystyczną poniemiecką zabudową. Po dojechaniu na kwaterę położoną 35 km od startu (bliżej niczego z aneksem kuchennym nie było) tradycyjnie pojadłem już makaronu w rozsądnej ilości, wyprostowałem nogi i pooglądaliśmy jakieś głupoty dla relaksu, wciąż bez tremy dotyczącej jutra. Prawdziwe nerwy złapały mnie dopiero w środku nocy, gdy obudziłem się i dotarło do mnie, że do startu zostało już naprawdę niewiele, a ignorowane przeze mnie wcześniej prognozy pogody wcale nie są optymistyczne z perspektywy maratończyka (bo na grilla pogoda byłaby idealna).

Start

Śniadanie – standardowo złożone z 1,5 bułki i dżemu – wpadło około godziny 7 w towarzystwie ciepłej, przegotowanej wody. Zgodnie z informacjami ostrzegającymi o problemach z dojazdem do Dębna, wyruszyliśmy tam przed 9. To była dobra decyzja, bo droga dojazdowa od strony Myśliborza została zamknięta już o 10.  Na miejscu przybiłem piątkę ze znajomym Vege Runnersem i chodziłem kompletnie zdekoncentrowany wobec tego, co rozpocznie się o 11. Dla pogorszenia sprawy zupełnie nie miałem rozeznania odnośnie tego co mnie czeka na trasie. Czytałem szczątkowe informacje o wietrze szalejącym w polach i pętlach która naprawdę mogą zniechęcić. Uznałem jednak, że po Półmaratonie Marzanny na którym wiatr wręcz zatrzymywał w miejscu niewiele może mi przeszkodzić, no może poza upałem.

Plan na sam bieg nie był specjalnie skomplikowany, zacząć spokojnie (4:00 min/km) do 3 kilometra i następnie przyspieszać co każde 11 – 14 (4 km – 3:55, 14 km 3:52, od 28 km poniżej 3:50). I przede wszystkim, próbować połamać wciąż nie przekroczoną barierę 02:45:00

Po wystrzale startera spokojnie wszedłem w swój rytm. Pierwsze 3 kilometry miały odbyć się naprawdę luźno, dawałem się spokojnie wyprzedzać innym. Tasowanie wciąż się odbywało, a ja myślałem, że być może podczepię się pod większą grupę startujących tego dnia zawodniczek rywalizujących w ramach Mistrzostw Polski Kobiet. Niestety szybsi już uciekli, a ja nie czułem potrzeby zwolnienia by zostać ze spokojniej biegnącymi. Po 3 kilometrze przyspieszyłem zgodnie z planem i wciąż byłem zupełnie w komforcie.

_DSC1894

Po dwóch pętlach na ulicach Dębna nastąpiło wejście w otoczoną polami drogą na Dargomyśl. Od czasu do czasu mijałem biegaczy, którzy zaczęli szybciej ode mnie wciąż decydowałem się na samotny rajd. Będąc dobrej myśli schładzałem się na każdym z licznych punktów odżywczych i nie zapominałem, aby popijać wodę. Przy 14 kilometrze nastąpił zwrot na pierwszej z dwóch „dużych pętli” w kierunku miejscowości Cychry i z racji tego, że wiatr dawał w plecy musiałem się pilnować, by nie biec za szybko. Pierwszy „powrót do Dębna” z dużej pętli nastąpił koło 21 kilometra. Na półmetku zameldowałem się z miłym dla oka czasem 1:22:12. Wtedy też zacząłem odczuwać delikatne zmęczenie biegiem oraz to, że mój największy wróg jakim jest upał daje mi się w znaki. Postanowiłem więc trzymać się tempa, by nie przesadzić.

_DSC1905

Ściana…..

Pod znacznikiem 24 kilometra kolejny raz mijałem swoją Żonę, powiedziałem do niej tylko „jest ciężko”, a ona na pokrzepienie krzyknęła, że dam radę.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Niewiele dalej zacząłem odczuwać bardzo nieprzyjemny ból żołądka, co było niechybnym znakiem, że przesadziłem z piciem wody na trasie. Na kolejnym wejściu w drogę na Dargomyśl mijałem zawodników, którzy zrezygnowani zeszli z trasy i wracali spacerkiem do centrum miasta, co było średnio motywujące dla samotnie biegnącego faceta z narastającym bólem brzucha. W okolicach 28 km wskazania pulsometru zrobiły się wysokie i postanowiłem zwolnić tak, by nie przekraczać swojego maxa na maraton, czyli 170 bpm. Przeklinając swoją bezmyślność na trasie, czułem się coraz gorzej. Pierwszy raz postanowiłem się zatrzymać na punkcie przy 33 km i intensywnie polewałem się wodą by dać sobie jakąś ulgę, było mi już strasznie głupio i czułem się jak nowicjusz, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że maraton nie wybacza błędów.

Nie jest w moim stylu zejść z trasy przeszło 9 km przed metą, bo taki dystans potrafię pokonać nawet w najgorszym stanie. W pełni świadomości porażki, jaka już się dokonała tego dnia, rozpocząłem powrót na metę w tempie raczej niegodnym żadnej rywalizacji z moim udziałem.  Przyłączając się na tryb – „biegam, bo lubię” nie omijałem nikogo chętnego na przybicie piątki i pokrzykiwałem motywująco do nieszczęśników, którzy dopiero kończyli pierwszą z tych przeklętych pętli.  Tak minęła mi końcówka trasy, która mnie totalnie zniszczyła, w głównej mierze ze mojej własnej winy.

Chwilę przed końcem dystansu zauważyłem Honoratę i postanowiłem wreszcie zrobić coś, co by mi nie przyszło wcześniej do głowy.  Zatrzymałem i dałem jej buziaka, po czym dziarsko potruchtałem w stronę mety by zameldować się z czasem 2:57:20 i odebrać medal za ukończenie.

Spełnił się scenariusz, którego ryzyko wystąpienia oceniałem na niskie przy 6 maratonie w życiu. Ważne jest jednak, by mieć go zawsze z tyłu głowy. Kilka minut po przekroczeniu linii mety doszedłem już do siebie i nie rozpaczałem już tak z powodu niepowodzenia. Byłem za to dalej wściekły i bez entuzjazmu postanowiłem jak najszybciej opuścić to miasto co również było niezłym wyczynem – wszystkie większe ulice miały być zamknięte do 16:30. Na szczęście udało się trafić na wyjazd przez zagajnik (w pełni legalny, choć nieprzyjemny dla samochodu) i ruszyliśmy w drogę powrotną…

Co poszło nie tak?

Myśleć o tym zacząłem prawie od razu. Mam taka naturę, że w chwili niepowodzenia bardzo skupiam się nad tym, jak uniknąć czegoś podobnego w przyszłości. Działa to na mnie uspokajająco i odgania od dręczących myśli nad tym co się właśnie wydarzyło.

  • Pierwszym powodem mogłyby być powtarzane w kółko warunki na trasie, ale dla wszystkich tego dnia były one identyczne. I z tego co jest doskonale wiadome, wielu zawodników poradziło sobie świetnie i wywalczyło swoje nowe życiówki.  Dlatego uważam, że zdecydowanie bardziej zabrakło tu dostosowania się do panujących warunków pogodowych – trenowałem ciężko, ale na mrozie. W temperaturze powyżej 15 stopni Celsjusza pobiegłem może 6 razy (z czego 4 na siłowni). Głodny życiówki uznałem że wygram z tym głową, jednak będąc przegrzanym głowa jednak szybko wie, że warto odpuścić.
  • Brak spożywania napojów i jedzenia podczas treningów – przez cały okres treningowy nie wziąłem ani razu ze sobą wody do biegania. Brzmi to kuriozalnie, ale piekielnie nie lubię podczas biegu mieć jakikolwiek bidon w ręku lub też na pasku. Spodziewałem się, że w Dębnie będzie wystarczająco chłodno, by nie było trzeba pić tak dużo – bardzo myliłem się. Skutkiem tego było wywołanie sobie bólu żołądka na trasie. Jeszcze dobry czas po biegu nie byłem w stanie się napić, miałem totalny wodowstręt. A oczywistym było to, że jestem odwodniony.
  • Najważniejsze na koniec – DEKONCENTRANCJA, ten wniosek nasunął mi się gdy porozmawiałem z kilkoma ludźmi już na chłodno. Jak wspominałem na początku tekstu, trening był intensywny, ale związek emocjonalny z samymi zawodami był nikły. Bardziej martwiłem się kwestią powrotu po maratonie niż samym biegiem i być może ten brak myślenia na właściwych torach nie wyzwolił we mnie odpowiednich pokładów woli.

4 Comments

  1. Radek,
    jak na te warunki – super czas.
    Co ciekaw miałem niemal identyczną historię (chociaż mnie odcięło trochę później i doturlałem się z prawie 2 minutową poprawą życiówki; no ale to nie ten poziom:P) i chyba wielu zawodników patrząc na miejsca przy międzyczasach.

    Po życiówkę do Poznania 🙂
    #keeprunning

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s