DFBG 2017 czyli ULTRA ‚od kuchni’

Po Supermaratonie Gór Stołowych miałem szykować się do ścigania podczas Wielkiej Pętli Izerskiej. Los jednak wybrał inaczej. W tym samym terminie zjawiłem się wraz z Honoratą jako wolontariusz na mecie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Czy tego żałuję? W żadnym wypadku!

Kontuzja, jakiej nabawiłem się podczas SGSa okazała się poważniejsza niż pierwotnie zakładałem. Coś co wydawało się dla mnie zwykłym skręceniem kostki, skutkowało naderwaniem dwóch więzadeł i tzw. złamaniem awulsyjnym. Skutecznie wyeliminowało mnie to z treningów biegowych na prawie 4 tygodnie. Tym bardziej nie było mowy o jakiejkolwiek rywalizacji. Przez to błyskawicznie zdecydowaliśmy o całkowitej zmianie naszych planów urlopowych. Czułem, że nie mam ochoty nawet przebywać w okolicach zawodów Wielkiej Pętli Izerskiej. Miałem za bardzo zły nastrój. Szczęśliwie udało się znaleźć jeszcze nocleg w Lądku-Zdroju i postanowiłem zrealizować swoje ambicje sportowe jako wolontariusz Załogi Górskiej na mecie genialnej imprezy biegowej. Jest nią Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. Swoją opinię wysnułem po doświadczeniach z zeszłego roku, gdy miałem przyjemność tam startować. Wiedziałem że na miejscu spotkam wielu startujących znajomych. Byłem też bardzo ciekaw jak te zawody wyglądają ‚od kuchni’.

W skład DFBG wchodzi siedem biegów na dystansach od 240 do 10km po Kotlinie Kłodzkiej. Start imprezy ma miejsce w czwartek o 18.00 a finał w niedzielę o 14.00. Ciężka praca operacyjna osób zaangażowanych w organizację zaczyna się sporo przed startem rywalizacji, bo już we wtorek.  Nie byliśmy niestety w stanie zjawić się w Lądku wcześniej, niż w piątek o godzinie 21.00. Przez co jako wolontariusze zostaliśmy przydzieleni na Start/Metę, bez możliwości przydzielenia nas do któregoś z punktów odżywczych na trasie.

Piątek

Dość mocno zmęczeni dopinaniem tematów przedurlopowych w naszych stałych miejscach pracy jakimś cudem znaleźliśmy energię, aby „nadgonić” sytuację. Błyskawicznie odwiedziliśmy biuro wolontariatu w celu odbioru naszych pakietów, a następnie stawiliśmy się na docelowym „stanowisku bojowym”. Atmosfera na miejscu stawała się dość napięta kiedy stało się jasne, że Łukasz Sagan, lider Biegu 7 Szczytów (240 km), pewnie kroczy po zwycięstwo z rekordowym czasem. Jeżeli nic nie stanęłoby mu na przeszkodzie, to zjawi się na mecie po około 30 godzinach czyli krótko po północy.

received_10213342954717381-1
Zmęczony, ale mimo to podjarany 🙂

Czas oczekiwania spędziliśmy na intensywnych przygotowaniach do najbardziej pracowitego dnia festiwalu, czyli soboty. Należało przygotować się na przyjęcie ponad 1500 zawodników z każdego dystansu poza 130km (ten bieg miał finisz w Kudowie-Zdrój). Rozrobiliśmy dziesiątki litrów izotoniku, rozgazowałem parę baniaków Coca-Coli. Rozłożono wiktuały (arbuz, banany, słodycze i orzeszki) oraz przeliczono dostępne zapasy. Przygotowaliśmy też medale dla finiszerów na 240km oraz dedykowane im bluzy od sponsora. Starannie posegregowane według rozmiarów i kolorów.

Całość uprzyjemniała nam obecność niezastąpionego spikera z Kotliny Kłodzkiej, czyli Wojciecha Helińskiego. Szampan stał przygotowany, dzwonki pasterskie czekały w pogotowiu. Jedna osoba stała na czatach przy drodze, by z wyprzedzeniem powiadomić nas, że Łukasz się zbliża. I w końcu jest! Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć na żywo moment wkroczenia na metę kogoś, kto przemierzył morderczy dystans dookoła Kotliny. Ciszę wokół zdroju na długo przerwały wiwaty  i odgłos dzwonków. Chwilę po przekroczeniu mety, ten niezwykły i bardzo skromny biegacz usiadł sobie na kwadrans jak typowy śmiertelnik po sprincie do autobusu. Przegryzł dwa kawałki arbuza i jak gdyby nigdy nic ruszył w kierunku noclegu. Tak samo, uczyniło też wiele osób będących na mecie, kilka z nich pracując przy festiwalu zarwało już kilka nocy z rzędu. Następny biegacz był spodziewany ponad 2,5 godziny później, więc szef mety zdecydował, że i my powinnyśmy przespać się te 3 godziny. Największe wyzwanie było dopiero przed Nami.

Sobota

Na posterunku stawiłem się o 5:30, czyli pół godziny przed startem dystansu Ultra Trail (68 km).

20507159_1424151021003409_465851065057608455_o
A tak wyglądał start o 6 rano fot. pina@pina.waw.pl

 

Po pożegnaniu pierwszych tego dnia zawodników mieliśmy kolejno 6 i 6,5 godziny na gorączkowe przygotowania do startu Złotego Maratonu (45 km) i Złotego Półmaratonu (21 km). Samotnie przeniosłem wszystkie potrzebne medale z biura zawodów na metę, pozostało je przeliczyć i zweryfikować z liczbą startujących. Na nasz punkt przyniesiono mnóstwo wody, Coli i owoców, które trzeba było przygotowac dla finisherów.

received_10213351054959882
Była też krótka chwila na wspólne zdjęcie z gwiazdami 🙂

Ze względu, że po za Szefem, Honoratą i Mną na mecie nie było w planach nikogo. Skierowano nam do pomocy osoby z punktów odżywczych na trasach, które mimo minimalnego odpoczynku miały siły, aby działać dalej i dzięki temu wszystko szło naprawdę sprawnie.

Godzina 11 nadeszła dość szybko. Paręnaście minut przed startem pobiegłem w kierunku fontanny w parku zdrojowym, by przybić piątkę kilku znajomym biegaczom. Życzyć im parę słów przed ruszeniem do rywalizacji. Impreza zaczęła wzbudzać coraz większe zainteresowanie wśród kuracjuszy. W związku z tym rozmowy nie trwały zbyt długo i poleciałem obstawiać linię startową, aby wszystko przebiegło bezpiecznie. Po pożegnaniu wszystkich grup nastąpiła chwila pozornej ciszy przed burzą wbiegających na metę zawodników, która miała nadejść za mniej więcej 1,5 h. Atmosfera była jeszcze luźna, co jakiś czas wbiegali tylko zawodnicy z dystansów 240 i 110 kilometrów.

Całość sielanki została przerwana krótko przed 13.00, gdy w błyskawicznym tempie na metę wpadł zwycięzca Złotego Półmaratonu. Po nim na mecie zaczęło robić się coraz gęściej. Całość wysiłków poczynionych przez nas od rana miała okazję zostać zweryfikowany. Nastąpił nasz mały, prywatny maraton wolontariacki, który trwał bardzo intensywnie aż do wieczora. Zawartość stołu zastawionego napojami i owocami znikała w błyskawicznym tempie. Uzupełnianie tego całkowicie pochłonęła moją koncentrację i tylko dzięki uwagom Tomka (szefa startu/mety) przypomniałem sobie, by samemu coś czasem przegryźć i zjeść. Pracowicie było też na sekcji wydawaniu medali. Szczęśliwie pogoda była bardzo łaskawa względem tego, co samemu doświadczyłem przed rokiem. Dzięki temu nie byłem świadkiem „zbierania” kogoś wykończonego z okolic mety.

Około 20, gdy na metę wpadali już tylko pojedynczy biegacze (musieli się wyrobić do zamknięcia tras czyli 22:00) nastąpił upragniony fajrant dla mnie i Honoraty. Mimo zmęczenia poszliśmy się spotkać ze znajomymi, ale z uwzględnieniem, że to jeszcze nie koniec wyzwań przy festiwalu. Koniecznie było zebranie sił na niewiele mniej roboty następującego dnia.

Niedziela

Mimo ‚intensywnego’ wieczora, w niedzielny poranek wstałem dość rześki. Meta też nie zdawała się być totalnym pobojowiskiem. Ogarnięcie jej przed startem charytatywnego Trojak Trail (10 km) nie sprawiło nam wielu trudności.

20507259_1424127337672444_1253187698968533053_o
Tutaj przynajmniej wyspani. fot. pina@pina.waw.pl

 

Problem pojawił się jednak z bardzo licznej obecności os (znacznie większej niż w sobotę). Skuszone słodkimi owocami  i napojami wpadły w totalny amok cukrowy. Od startu zawodników nie było już komfortu dużego zapasu czasowego na przygotowanie wszystkiego na tip-top. Prawdziwa nawałnica przyszła po niewiele więcej, niż godzince i intensywnie było już prawie do samego końca zawodów. Niczym automat uzupełniałem kubki izotonikiem, nie miałem czasu na przejmowanie się osami. Na szczęście, cukier tak bardzo złagodził ich obyczaje, że swobodnie chadzały po moich rękach bez odrobiny agresji z ich strony :).  Pod koniec tego zasuwu odczułem jednak, że nie jestem niezniszczalny. Zrobiło mi się dosłownie słabo, sytuacja została na szczęście zażegnana szybkim strzałem minerałów 😉

Pod koniec stawki na mecie spotkała nas totalna sensacja. Okazało się, że upór pana pytającego się poprzedniego dnia o medal był tak wielki, że zdecydował się zapisać na ten bieg. Dla medalu dla swojego wnuka przemierzył 10 km górskiego biegu bez żadnego przygotowania. Zebrał od nas szczególną owację i mam nadzieję, że być może załapał w ten sposób trailowego bakcyla 🙂

20247682_1483705761693986_8679113238772184157_o
Była też chwila na krótkie spotkanie ze swoją Załogą.

 

Przybycie ostatniego zawodnika wcale nie oznaczało dla nas końca pracy. Przez jeszcze parę godzin zbieraliśmy cały sprzęt, przysłuchując się ceremonii dekoracji na nieodległej scenie. Poszliśmy też na krótką chwilę, by wraz z innymi wolontariuszami zebrać oklaski za poniesiony trud. Mimo niewielkiej liczby osób dostępnych do pracy, zdaniem naszego kierownika osiągnęliśmy rekordowy czas spakowania całej mety, wraz załadunkiem do wozów.

Chwilę po 17.00 z mety nie zostało już nawet wspomnienie. Zwieńczeniem festiwalu była mała impreza dla wszystkich wolontariuszy Załogi Górskiej, która trwała do samego rana.

Podsumowanie

Właściwie następnego dnia po festiwalu atmosfera w Lądku ‚osiadła’. Jedynym przypomnieniem tych dni były strzałki wskazujące przebieg tras dla zawodników. Festiwal w świadomości przebywających tam kuracjuszy można określić cytatem tekstu, jaki usłyszał i potem opowiedział mi pewien miejscowy przedsiębiorca:

240 km ? Panie, to przecież jest suma WSZYSTKICH DYSTANSÓW na tym festiwalu. Kto to wdział, żeby ktoś tyle biegł!

Dwa dni spędzone jako wolontariusz były genialną odskocznią od rutyny jaką wykonuję przez tygodnie, pracując w biurze wielkiej korporacji. Poznałem bardzo namacalnie, jak ciężką pracę wykonują Ci, których nie zawsze zauważamy, gdy jesteśmy na zawodach. W przypadku festiwalu w Lądku biegacze odzwierciedlali swoją sympatię do Nas. Żaden z nich nie prezentował postawy roszczeniowej. Mam jednak obawę, że nie zawsze odpowiednio doceniamy tych, którzy dla własnej satysfakcji poświęcają swój najbardziej cenny zasób, jakim jest czas. Tylko po to by zawody w ogóle mogły się odbyć.

Szczerze polecam każdemu, by mógł sprawdzić na własnej skórze jak to jest mieć swój udział w sukcesie tak wspaniałej imprezy. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do bezpośredniego kontaktu z Załogą Górską na ich fanpage: Kliku-Kliku

Chciałbym także serdecznie podziękować za zdjęcia naszej koleżance Paulinie. Jednocześnie zachęcam do odwiedzin jej fanpage: Pina – Paulina Bartosińska

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s