35. PKO Wrocław Maraton – Relacja

W mojej ponad 4-letniej karierze biegowej nastąpił pewien przełom. Nie chodzi tylko o debiut w roli pacemakera na królewskim dystansie. Jest to zadziwiające, ale pierwszy raz bardziej cieszyłem się, niż stresowałem startem w maratonie.

Gdy uruchomiono zapisy na Wrocław, wiedziałem, że muszę ten start potraktować dość specyficznie. Bez względu na swoją kondycję miałem pobiec zachowawczo, gdyż głównym celem na jesień jest maraton w Poznaniu. Wszystko było związane z chęcią realizacji mojego marzenia z początków biegania, a jest nim zdobycie Korony Maratonów Polskich. Nie zastanawiając się wiele, zgłosiłem swoją osobę. W bardzo uprzejmy sposób zostałem skierowany do ekipy, której powierzono zadanie koordynacji działań pacemakerów – chodzi tu o stowarzyszenie Pro-Run. Dzięki wczesnemu terminowi mogłem też sobie „popejsować” podczas Nocnego Wrocław Półmaratonu.

Szczęśliwie kontuzja, której nabawiłem się podczas Supermaratonu Gór Stołowych, nie pokrzyżowała moich planów. Intensywnie pracowałem nad uszkodzoną kostką i dzięki silnej determinacji w powrocie do pełnej sprawności moja kondycja powróciła do wystarczającego poziomu. Dlatego też mogłem pozwolić sobie na ten niedzielny long-run w pełnym komforcie tlenowym. Przy okazji przeprowadziłem kilka testów pomysłów na maraton, a okazja była dobra, bo nie chciałbym tego ryzykować będąc w „bojowym” starcie. Dotyczyły one sprawdzenia nowych żeli, diety przedstartowej i przede wszystkim, nauki biegu ze stoperem. Można zatem stwierdzić, że tegoroczny start nie był wyłącznie „odfajkowaniem” kolejnego maratonu. Zresztą, jak dotąd nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek miał startować w czymś bez celu. Tak samo, jak każdy mój trening ma jakiś cel!

Wrocław tej niedzieli był nie tylko areną jubileuszowego maratonu. Miejsce miały również Mistrzostwa Europy Masters (lub też mówiąc bardziej potocznie Weteranów). Wobec takich okoliczności pogoda przyniosła niespodziankę i stała się zaskakująco sprzyjająca dla biegaczy. To była totalna „anty-tradycja” względem poprzednich lat zmagań z morderczym upałem. Wśród rekordowo licznej frekwencji panowała bardzo optymistyczna atmosfera, dało się odczuć już parędziesiąt minut przed startem. Po odebraniu baloników poleciałem jeszcze na szybką, wspólną fotkę oraz pogawędkę z Vege Runners. Po tym nastąpił czas rozgrzewki, by w miarę wcześnie zameldować się na linii startu. Dało mi to szansę swobodnego porozmawiania z innymi biegaczami, rozluźniliśmy się trochę i wymieniliśmy uwagami.

Gdy nastąpił moment startu, po konsultacji z dwoma pozostałymi pacemakerami uznaliśmy, że zaczniemy ciut wolniej, wbrew mojemu pierwotnego planowi trzymania równego tempa. Jego unormowanie miało za to nastąpić w okolicach 4 kilometra. Biegło się fantastycznie od samego początku, nie było tego hamującego tłoku z jakim zmierzyliśmy się podczas Nocnego Półmaratonu.

_DSC4043-2
fot. Prisma – Honorata Sycz-Langner Fotografia

Trasa szła bardzo raźnie, spodobała mi się jej odmienność względem lat ubiegłych (nie brałem udziału w 2016). Jedynym mankamentem, który wyraźnie zaburzał płynność były punkty odżywcze, umiejscowione wyłącznie z jednej strony. Te zwężenia dało się odczuć zwłaszcza w okolicach Starego Miasta, jak również, co zaskakujące, ulicy Grabiszyńskiej. Trudne było też przebiegnięcie ulicy Piłsudskiego. To jednoznacznie wymuszało współpracę przy podawaniu sobie kubeczków z napojami. Skutkiem tego zdarzyło nam się lekko przyspieszyć na pierwszej połowie. Potrzebna była kompensacja strat na wąskich odcinkach ze stołami, by mieć konieczny zapas czasu na późniejszych kilometrach. Sprzyjał temu fakt, że profil trasy od 10 do 16 kilometra był cały czas lekko w dół.

_DSC4240-2

Mimo to wyniki z portalu Datasport wskazują, że na każdym punkcie 5 km nasze średnie tempo oscylowało w granicach 4:35-4:37 min/km. Zatem mogę z zadowoleniem stwierdzić, że pilnowaliśmy się wzajemnie i nie wyrywaliśmy zbyt drastycznie do przodu.

Przechwytywanie

Pierwszą połowę trasy minęliśmy w bardzo licznej grupie. Zachęcaliśmy biegaczy, by trzymali się zwarcie za nami i oszczędzali swoje siły na najcięższe kilometry. Dobre nastroje były wielokrotnie potwierdzane po naszych wywołaniach. W końcu nadszedł długo oczekiwany widok Stadionu Miejskiego, co zwiastowało przełomowy powrót do Śródmieścia. W tamtym momencie bardzo szczerze wierzyłem, że chłopaki sobie dadzą radę już do końca. Trzymałem za nich kciuki z całych sił! Niestety, początek  „prawdziwego” maratonu, był jeszcze przed nami. Gdy mijaliśmy 31 kilometr w okolicach Mostu Dmowskiego, grupa była jeszcze całkiem liczna. Moje rodzinne okolice Nadodrza obfitowały w licznych kibiców, jak również krótki i dotkliwy fragment trasy z kostki brukowej.

Minąwszy Most Osobowicki grupa zaczęła się rozciągać. Krzyknąłem, że warto byłoby skorzystać z nabytego wcześniej zapasu czasu i nieco zwolnić, by dać odsapnąć naszym wojownikom przed ostateczną rozgrywką. Za Karłowicami ze strapieniem spostrzegłem, jak wielu biegaczy odpadło. Taki jest maraton, wielu zmiata po 30 kilometrze. Ze zwartej grupy przefiltrowała się paczka wytrwałych oraz tych, których dogoniliśmy. Zdecydowanie zachęcałem, by nie zwalniali gdyż walczyli o swoją życiówkę z całych sił, a ja przekonywałem, że ten cholerny ból wreszcie przejdzie.

Prawdziwa euforia biegacza na 39 km! fot. Pro-Run
Prawdziwa euforia biegacza na 39 km! fot, Pro-Run

Wkroczyliśmy na ostatnie 2 km. W tym momencie przystanąłem i postanowiłem podgonić tych z tyłu. Wielu się odblokowało, gdy zaczęli słyszeć odgłosy mety na Stadionie Olimpijskim. W końcu sam przekroczyłem bramę i uznałem, że dzisiejszym triumfatorom mojej grupy należy się owacja przed finiszem. Porwałem się szybki akcent by stać przed metą i ich oklaskiwać, gdy będą wbiegać. Mam nadzieję, że byli z tego zadowoleni 🙂

Kolejny raz zebrałem na miejscu bardzo miłe podziękowania – to daje potężnego kopa radości i motywacji! Miałem nawet szansę być przez dłuższą chwilę na transmisji live oraz telebimie!

To cudowne uczucie, gdy masz szanse współtworzyć czyjeś wspomnienia. Rola pacemakera wciągnęła mnie i gdy będę mieć ku temu kolejną okazję, z pewnością z niej skorzystam!
Wszystkich biegnących z nami tego dnia zachęcam do wymiany wrażeń z biegu. W końcu spędziliśmy razem kawał czasu 🙂 Chętnie odbiorę także uwagi krytyki, które być może nie zostały dostrzeżone. Wezmę je pod uwagę następnym razem! Piszcie do mnie bezpośrednio, lub też na wrorunism@gmail.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s