13 Półmaraton Warszawski – Relacja

W zeszłym tygodniu ktoś mnie zapytał – Dlaczego startuje w półmaratonie skoro właściwie robię ich w tygodniu co najmniej kilka? Odpowiedź brzmi w tym, co czułem na trasie i za metą. Zostałem drugim Vice Mistrzem Polski Bankowców w Półmaratonie 😉 A przy okazji, to był mój taktyczny majstersztyk.

Lubię biegać w Warszawie. Choć jeszcze całkiem niedawno nie znałem tego miasta kompletnie. Dopiero moje biegowe cele sprawiły, że miałem okazję ją odwiedzić. Jest coś takiego, co sprawia, że zawsze wyjeżdżam z niej zadowolony. Ta zasada znalazła potwierdzenie już kolejny raz.

Tydzień poprzedzający start nie był dla mnie sporą presją. Zdecydowanie pomogły mi w tym tak wcześniej przez mnie wyklinane starty na 5km. Dodatkowo start w 10 Wroactiv mocno podbudował mi poczucie pewności siebie. Nawet fakt, że jeszcze w środę nie umiałem do końca rozciągnąć łydki, nie przeszkadzał w byciu optymistą co jest dla mnie nietypowe.

Pozwolę sobie pominąć szczegóły dojazdu i pobytu w sobotę. Kto był, ten wie, że organizacja biura zawodów jest wzorowa. Zamiast tego wartym wspomnienia jest aspekt dietetyczny. Proces ‚carboloadingu’ został uszyty na miarę i kompletnie odbiegał od mojego poprzedniego kanonu pożerania sporych ilości makaronu, pizzy, frytek i słodyczy przez dwa dni. Dzięki temu czułem się znacznie swobodniej i jednocześnie odpowiednio ‚nacukrzony’. Warto poświecić trochę wysiłku, by osiągnąć taki komfort.

Plan ustalony wraz z Andrzejem był następujący. Pierwsze 10 km miałem minąć w czasie 37 minut. Reszta była kwestią własnej interpretacji. Wszystko zrobione pod moje usposobienie – spokojne trzymanie się tempa bez względu na to, z kim miałbym okazję biec. Nawet kosztem tworzenia ‚swojej’ grupy.

Pomimo zmiany czasu na letni czułem się wyspany i gotowy do działania już od rana. Bez przesady, zjadłem sobie na śniadanie bułkę z dżemem nisko-słodzonym, dogryzłem bananem i popiłem kawą. Do ostatnich minut popijałem jeszcze izotonik otrzymany w pakiecie. Chociaż nawet i jego nie dałem rady zrobić do końca. Pogoda zza okna zapowiadała się znakomicie, więc postanowiłem nie wrzucać na siebie nic ponad standardowy ubiór startowy.

_DSC6870

O 9:30 stawiłem się nieopodal startu w celu zrobienia wspólnego zdjęcia drużyny Vege Runners. Miło było spotkać dawno niewidzianych znajomych. Jeszcze milszy był fakt, że jest wśród nas wiele nowych twarzy, rośniemy w zieloną siłę 🙂

Po standardowej rozgrzewce zrzuciłem zbędne odzienie i w pełni gotowy przemieszczałem się w celu zajęcia miejsca w strefie startowej. I tutaj wyszedł problem, który sprawiłem sobie sam i na szczęście, nie wniósł żadnych większych konsekwencji. Nie uwzględniłem faktu, że peleton jest aż tak ogromny. Przedostanie się na czoło stawki, było sporym wyzwaniem. Czas do wystrzału startowego pędził nieubłaganie. Gdy zaczynał brzmieć „Sen o Warszawie”, ja jeszcze ledwo widziałem baloniki pacemakerów prowadzących na czas 1:25:00…. Ostatecznie udało mi się dotrzeć 30 sekund przed startem. Ważna lekcja na przyszłość…

Padł strzał… I bardzo się zdziwiłem, jak wielka grupa ludzi próbuje pobiec w czasie lepszym lub podobnym do mojego zamierzenia. Pierwsze dwa kilometry to właściwie klarowanie się sytuacji solidnego tłumu, w którym konsekwentnie trzymałem się swoich założeń. Międzyczasy szły jak po sznurku, a tętno ustabilizowało się w okolicy mocnego, drugiego zakresu. Wprawiło mnie to dobry nastrój, mimo świadomości, że na końcu wcale nie musi być tak różowo.

_DSC6880

10 kilometr minąłem z lekkim zapasem czasu (36:40) i wciąż czułem się znakomicie na mocne bieganie. Uznałem, że spróbuję ostrożnie odrywać kilka sekund na każdym kilometrze, ale bez brawury. Czułem pełną swobodę i nawet zdarzyło się przybijać piątki kibicom 😉 Mijając Stadion Narodowy, biegłem wśród dwóch znajomych z Dolnego Śląska, Rafała i Dawida. Zadowolony postanowiłem ich trochę podnieść na duchu i skrzyknąłem, że zrobiła nam się dość swojska grupka.

97188-PWA18-12146-21-000101-pwa18_01_alc_20180325_104720

16 kilometr oznaczał dla mnie pełną mobilizację do wyższego podniesienia nogi. Wrzuciłem tempo w okolicach 3:30 min/km i szybsze o 10 sekund niż pokonałem większość dystansu. Oczywiście, że zaczynało robić się już trudniej, gdyż na treningach takie tempo było już dla mnie wyzwaniem. Z wysiłkiem wygrywała jednak euforia. Zaczynałem mijać biegaczy, których wcześniej widziałem sporo przed sobą, co dawało naprawdę solidną motywację do pogoni. 2 kilometry przed metą dogonił mnie Piotrek Tomczyk, który akurat tego dnia robił sobie bieg z narastającą prędkością. Biegacz znacznie szybszy, posiadający spore doświadczenie na tartanie. Był w rześkiej formie i troszkę pomógł mi przemierzyć Tunel Wisłostrady oraz podbieg za nim. Bez niego pewnie byłby wykonany wolniej o te kilka sekund. Na wspólny finisz już się nie zdecydowałem, bo Piotrek zaczął przyspieszać. Utrzymywane tempo wystarczająco mocno mnie satysfakcjonowało, a bieg „do spodu” niewiele by już poprawił. Takie akcje wolę sobie zarezerwować na cel główny, którym jest Maraton.

97188-PWA18-12146-21-000101-pwa18_01_rkl_20180325_111349

Na metę wpadłem z czasem 1:16:26… przecież planowałem połamać 1:18:00, ale nie aż tak! Po dwóch latach poprawiłem się o 2 minuty i 30 sekundy! Nie skłamię, poczułem nawet lekkie wzruszenie i dumę. Byłem w 100% zadowolony, co w ostatnim czasie rzadko się zdarzało.

_DSC689597188-PWA18-12146-21-000101-pwa18_05_srv_20180325_111742

Jak widać w statystykach stwierdzenie ‚taktyczny majstersztyk’ nie jest bez pokrycia. Spokój na zawodach kolejny raz okazał się w moim przypadku najlepszym doradcą. To najlepszy negative split, jaki udało mi się dotąd zrobić.

Kilometr Czas brutto Czas netto Czas 5 km Min/km
5KM 00:18:26 00:18:22 00:18:22 00:03:40
10KM 00:36:48 00:36:44 00:18:22 00:03:40
15KM 00:54:59 00:54:55 00:18:11 00:03:38
20KM 01:12:34 01:12:30 00:17:35 00:03:31
META 01:16:30 01:16:26

Dobry humor nie opuszcza mnie do dzisiaj, ból z nóg już ustąpił. Pozostała tona zdjęć, które przez lata będą wspominać dobre chwile.

Z tak solidnymi podstawami nie czuję trwogi przed maratonem w Gdańsku, który nastąpi już wkrótce. Czuję wyzwanie, któremu przy odpowiednim nastawieniu taktycznym i pewnej dozie szczęścia jestem w stanie podołać. Liczę na to, że wiosna przyniesie jeszcze sporo miłych niespodzianek.

4 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s