Siedemdziesiąt z Hakiem – Relacja

Kiedy zmęczenie ustępuje radości to znaczy, że ogrom pracy przyniósł swoje owoce! Zapraszam na relację z mojego ‚ultrachrztu’.

Decyzja o próbie wykonania biegu dłuższego, niż maraton górski została podjęta przeze mnie już rok temu. Pamiętam, jak lecząc jeszcze kontuzję po Supermaratonie Gór Stołowych zadzwonił do mnie znajomy i zaproponował udział w losowaniu na Bieg Rzeźnika. Mógłbym w tym momencie tanim rymem rzec: „Bez Rzeźnika nie byłoby Chojnika”. W pierwotnym założeniu nie miałem zamiaru biec pierwszy, rasowy „ultra-trail” na wyżynach swoich możliwości. Rzeźnik miał być przede wszystkim przygodą, sprawdzianem czy się w ogóle nadaję do tak długiego wysiłku po wymagającej trasie. Celem nr. 1 był (i dalej jest) lipcowy Maraton Gór Stołowych. Splot okoliczności sprawił, że ostatecznie z Rzeźnika zrezygnowałem na niewiele ponad 2 miesiące przed startem.

Bardzo chcąc jednak pobiec coś górskiego, wybrałem zachwalany przez wszystkich Karkonoski Festiwal Biegowy Chojnik Maraton, o którym wstyd się przyznać ale nie miałem dobrej wiedzy. Jest to impreza o historii tak długiej, jak moje bieganie. Samemu zresztą przekonałem się, że organizatorzy wyciskają z niej naprawdę solidną jakość. Szybko się uczą, wychodzą z innowacjami i wsłuchują się w potrzeby uczestników. Można zatem spodziewać się jakości rozsnącej z każdym rokiem! O samej imprezie wypowiem się jednak później 🙂 Wróćmy do relacji!

Z racji późnego terminu decyzji, dostępne były jeszcze miejsca na tegoroczną nowość, czyli Siedemdziesiąt z Hakiem. Wpisywało się to w moją koncepcję oraz spełniałem kryterium kwalifikacji dlatego dość szybko podjąłem decyzję o starcie. Od samego początku profil trasy robił na mnie wrażenie. Wydawało mi się, że nie do końca chyba zdaję sobie sprawę na co się piszę. Wiele odcinków była dla mnie nieznanych, a na te znane nie zapuszczałem się od lat, zwłaszcza jako człowiek o ponadprzeciętnej wadze.

profile_i4

Mimo lekkiej trwogi, trenowałem pilnie we Wrocławiu, a także spędzałem weekendy na szlakach Ślęży. Dużo nowych informacji dał rekonesans trasy, po którym poczułem właśnie, że wilk nie jest taki straszny. Chociaż muszę przyznać, że śniadanie przed pierwszym wyjściem na trasę jadłem dość nerwowo 🙂

Sporą część informacji o przygotowaniach opisałem w dość zajawkowym wpisie „Mieszczuch” vs Ultra Trail . Po weryfikacji moich możliwości oraz wiedząc, że swój debiut w tak długim biegu będzie mieć też mój trener – Andrzej Witek – zrozumiałem, że trzeba będzie zaryzykować solidnej rywalizacji. Rekreacja przy takim stopniu intensywności przygotowań nie miałaby po prostu sensu.

Szacując wszystko raz jeszcze w tygodniu poprzedzającym start uznałem, że jestem w stanie pokonać tą wymagającą trasę w czasie około 9 godzin – tak uczciwie, z pokorą do Karkonoszy oraz własnych słabości. Zapamiętywałem jak najlepiej fragmenty, w których będzie wypadało dobrze dostosować tempo biegu, żeby odpowiednio rozłożyć siły nad zamiary.

34646012_10214371407910619_9175848043335909376_n

Biorąc pod uwagę godzinę startu uznałem, że warto będzie wziąć w pracy trochę wolnego i zjawić się w okolicy już w czwartek, by solidnie odespać swoje i swobodnie ładować węglowodany, co żmudnie czyniłem już od środy. Mimo tej dostępności czasu, mój wzrok ciągle zwracał się na południe ku czekającej na mnie arenie sobotnich zmagań. Wtedy właściwie złapała mnie lekka niepewność wobec tego, co ja właściwie sobie ubzdurałem za chory dystans. Jako motywator przed snem, obejrzałem znów dokument „The Runner” o bardzo utytułowanym ultra biegaczu jakim jest Marco Olmo. Polecam sprawdzić jego historię, to jest gość!

Piątek przywitał nas wyjątkowo gorącą pogodą, a ja śledziłem poczynania znajomych na trasie trwającego właśnie Biegu Rzeźnika. Przy okazji, z samego rana przygotowałem wszystko, co będzie mi potrzebne do biegu oraz na przepak. Z każdą popołudniową godziną docierały do mnie zdjęcia ludzi zniszczonych warunkami panującymi na trasie Rzeźnika. Nie pozostało nic innego, jak łyknąć sód i czekać na wieczór. Teren zawodów prezentował się konkretnie, chociaż bez zbędnego hałasu z racji bliskości domów mieszkalnych. Odebrałem pakiet startowy i co chwilę spotykałem kogoś znajomego. Był też i Andrzej, zdenerwowany tym wszystkim nie mniej ode mnie. Myśląc, że może coś to jeszcze pomoże, przeglądaliśmy mapę trasy 😀

34415037_1746102182115020_3585116279800856576_n

Odsłuchawszy odprawy wróciliśmy do domów na wyrwanie z nocy chociaż kilku godzin snu. Dla mnie wyszło całkiem zdrowo, bo 2,5 godziny, a znam takich, co nie spali wcale. Dobre kilkadziesiąt minut wyobraźnia opowiadała mi, że z rozwaloną kostką schodzę na punkcie w Karpaczu i piję sobie ‚piwo pocieszenia’. Generalnie uznałem to za legendarną już ‚wizualizację porażki’ – sytuację najmniej korzystną. Znając zatem taki najgorszy możliwy scenariusz, w głowie miałem wolę walki o inny obrót spraw 😉

Na starcie zjawiliśmy się około 3:40. Pogoda wyglądała na idealną do biegu oraz niespecjalnie sprzyjająca upałowi w późniejszej części dnia. Pozostała skromniutka rozgrzewka, kop w tyłek oraz pocałunek Żony i już, wręcz szeptem zostaliśmy zawołani na start. Żadnych okrzyków, wszystko w harmonii z budzącą się okolicą. Krótkie odliczanie od 10 w dół i żegnamy – do zobaczenia na mecie!

Ruszyliśmy przed siebie, przecinając ciemność światłem dziesiątek latarek czołowych. Wkrótce zniknęliśmy w lesie, którego milczenie czasami przerywał śpiew ptaków. Muszę przyznać, że to był mój pierwszy górski bieg w nocy po lesie i bardzo mnie to otoczenie uspokoiło. Dzięki temu nie gnałem jak szalony na pierwszym, 5 kilometrowym podejściu jakie czekało nas na Petrówce. Konsekwentnie wszedłem w swój rytm bardzo umiarkowanego podbiegu.

Po 10 kilometrach trafiłem na pierwszy punkt odżywczy. Tak się złożyło, że prowadzony przez Załogę Górską, w której też zdarza mi się udzielać 🙂 Wiedziałem już, że jestem piąty. Poprosiłem tylko o uzupełnienie wody w soft flasku i poleciałem dalej, ku cudownie rozpościerającej się tego dnia panoramie Przełęczy Karkonoskiej. Wciąż widziałem przed sobą dwóch biegaczy i robiłem co mogłem żeby trzymać z nimi jak najbliższy kontakt.

34276660_1655428781222197_7615843276351864832_o
fot. Filip Basara

Z drugiej strony czułem, że na zbiegach mogę z nimi z tej rywalizacji odpaść. Wtedy w głowie rodził się frasunek, że coś lepszego niż 5 miejsce jest poza moim zasięgiem. W końcu nadszedł pierwszy konkretny zbieg za Słonecznikami, w kierunku Pielgrzymów oraz Kotków. Jak przewidywałem, kontakt ze współzawodnikami się urwał. Było sucho i posiadając w głowie solidną naukę zbiegania odebraną podczas rekonesansu wiedziałem, że skale nie wolno „pokazywać swojego strachu”. Muszę przyznać, że dzięki temu obyło się bez potknięć, chociaż nie był na pewno ten zbieg tak szybki, jak jeszcze kiedyś będzie 🙂

Przy Samotni spotkałem czwartego zawodnika, trzymaliśmy się razem aż do długiego zejścia w kierunku Karpacza. Już na dole miałem okazję do pierwszej bezpiecznej, ale brudzącej gleby. Punkt odżywczy na 26 km odwiedziłem z czasem 2 godzin i 44 minut. Nie zastanawiałem się w sumie, że krócej trwał przecież mój ostatni maraton! Na szczęście byłem bardzo świeży. Jak na razie, wszystko było zgodnie z moim planem. Przegryzłem arbuza, zamieniłem dwa słowa z Żoną i uzyskałem od Asi – narzeczonej Andrzeja – informację o przewadze poprzedzających mnie rywali.

Z punktu ruszyłem dalej na piątym miejscu, szybko odzyskałem jednak kontakt z dwoma zawodnikami, którzy wcześniej mi uciekli. Przed Nami kolejne wyzwanie tej trasy, podejście Kotłem Łomniczki. Tutaj lekko zebrało mi się na brawurę, która mi się opłaciła. Dość szybko zostawiłem za sobą dwóch zawodników. Budowało to miłą wizję walki o podium, choć przecież nic jeszcze nie było przesądzone. Po oczywiście żmudnym podejściu, była chwila wytchnienia i zaraz potem najtrudniejszy zbieg całych zawodów. Ciągle czułem, że gonią mnie pozostali i wcale na tym odcinku nie jestem faworytem, a wręcz zawalidrogą. Na szczęście tak z przodu, jak i z tyłu było pusto. Nie ma zatem świadków moich kocich ruchów 🙂

Ledwo skończyła się ta zbiegowa masakra, a na mostku stał wolontariusz i wskazywał najlepszą i jedyną słuszną drogę do Szpidlerowego Młyna, czyli kolejnego podejścia na trasie. Tym razem Vyrovka, bardziej w cieniu. Wszystko sumiennie robiłem idąc. Cały czas wydawało mi się, że słyszę złowieszczy stukot kijków do biegania, co mogłoby pozbawić mnie wymarzonego podium.

Chwilka na szczycie i znów zbieg. Niechybnie oznaczało to nadchodzący przepak na 42 km w „Szpindlu”, którego potrzebę odwiedzin odczuwałem coraz mocniej 😉 Z worka przepakowego dobyłem kolejnych 5 żeli energetycznych #DASHRADE, baton Flapjack i kabanosa sojowego na przełamanie tej okropnej słodyczy. Panowie obsługujący punkt powiedzieli, że moi poprzednicy wcale nie skorzystali z przepaka, ja zaś buńczucznie popijałem colę i słuchałem tych rewelacji. Wiedziałem, że utrata kilku minut na miejscu może być korzystna na dalszym odcinku. Za chwilę czekała w końcu strefa, gdzie chyba poważnie zaczynało się te całe ultrabieganie. Kilka kilometrów alpejskiej zabawy z wysokimi schodami w roli głównej, aż do równi przed Loucni Boudą.

To podejście zacząłem dość odważnie, dopóki jeszcze ścieżka na to pozwała. Potem już w rachubę wchodził tylko marsz. Szybko kończyła mi się woda i pozwoliłem sobie na chwilę wytchnienia przy strumieniu. To był nadchodzący kryzys, którego tak bardzo się bałem. Głowa cichutko wołała, żeby sobie usiąść. Przecież to miał być tylko bieg na ukończenie! Na szczęście zagłuszyłem to myślenie robiąc sobie ochrzan na głos, że jestem dalej na podium. Klnąc jak szewc i powtarzając sobie na głos, bym walczył, brnąłem dalej.

34307665_1655425724555836_5834618801378820096_o
fot. Filip Basara

Wysiłek został nagrodzony na równi przy Loucni Boudzie. Zrobiło się naprawdę przyjemnie, akurat tego dnia nie wiał wiatr. Ogólnie, jest to świetnie miejsce by pospacerować sobie po Karkonoskiej Tundrze. Szczerze cieszyłem się z nadchodzącego zbiegu w kierunku Bileho Labe, który pamiętając z rekonesansu był długi i sprawił mi sporo trwogi. Tym razem czułem się nim wręcz oczarowany. Okazało się, że miał bardzo dobre cechy trakcyjne – jak dla mnie to świetna zabawa, luz i wypoczynek. Zero wpadek i sytuacji niebezpiecznych dla mojej kostki. Te „królowanie” jednak przerwało delikatne kłucie w piętach. Niechybnie oznaczało to, że rzeczywiście Inov-8 Terraclaw 250 nie były idealnym wyborem na ten bieg i właśnie moje pięty obrastały w potężne pęcherze. Bardzo podobną przygodę miałem już kiedyś na Półmaratonie Karkonoskim zatem ten ból nie był taki obcy 🙂

Krótka przerwa na strumyk złapany do soft flaska i gnałem na kolejny podbieg w kierunku Przełęczy Karkonoskiej. Zgodnie z założeniami miałem zamiar tam cały czas biec i na szczęście sił do tego wystarczało. Nie miałem pojęcia, jak duża jest moja przewaga, zatem nerwowo oglądałem się za ramię. Gdy dotarłem w okolicę kortów tenisowych na przełęczy, postanowiłem zadzwonić do Honorki i zorientować się w tym, co ona widzi w wynikach Datasport. Usłyszałem coś o 8 minutach co trochę mnie zmartwiło, bo słabą techniką można dużo stracić na długim zbiegu, a taki czekał mnie niebawem na Petrówce. Z drugiej strony pocieszałem się, że oni wszyscy mają już swoje w nogach i wcale nie jest im łatwiej.

Pięty paliły niczym polane napalmem. Szybko minąłem Petrova Boude i zacząłem zbieg w kierunku Drogi pod Reglami. Ciągłe mijałem podbiegających zawodników Maratonu Chojnik oraz Półmaratonu z Górką. Ich okrzyki były bardzo mile dopingujące, a przy okazji zdecydowana większość schodziła z drogi. Niestety nie zbiegałem wcale tak dobrze, jakbym mógł. Przyczyną był naprawdę koszmarny ból stóp, porównywalny do biegu po żyletkach.

Ostatecznie jakoś to przeżyłem. Przez chwilę myślałem, że zaraz przecież będzie meta, co wcale nie było prawdą. Ostatni punkt odżywczy był idealnie 10 kilometrów przed nią, co oznaczało około godziny solidnego mielenia. Gdy poprosiłem o uzupełnienie wody we soft flasku, to ciągle spoglądałem na drogę, którą miałem już za sobą. Paranoicznie wręcz bałem się, że zostanę dogoniony.

Wszystkie znane mi fragmenty nie były tak straszne, jak ten którego kompletnie nie sprawdziłem podczas rekonesansu. Na profilu trasy widnieje on jako mały ‚pryszcz’ wobec tych ogromniastych krzywych, a jest to swoisty wielki finał czyli Zamek Chojnik ze swoim podejściem oraz licznymi schodkami. Istne szaleństwo dla kogoś, kto już tyle zdrowia zostawił na trasie 😉 Było w okolicach godziny 12, zatem turystów już nie brakowało. Ja zaś miałem w głowie totalny odlot, mało co kojarzyłem i jedyne na czym się skupiałem, to głos spikera słyszanego na mecie. Wewnętrzny magnes ciągnął mnie tam aż do końca. Minąłem wreszcie dawny dom księżniczki Kunegundy, dla której widocznie nie byłem wystarczająco atrakcyjny, żebym musiał dłużej zostać 😉 Teraz pozostała już krótka, ale konkretna „dzida” w dół. Z tymi stopami mój styl przypominał najwyżej połamaną drabinę.

1

W końcu zrobiło się płasko i asfaltowo, byli też nawet jacyś kibice! Głośniki mety było słychać coraz wyraźniej. W końcu zostałem zauważony przez spikera. Ostatnie, może dwieście metrów i miałem jeszcze motywację, by gnać ile się da. Widziałem też Honorkę, mierzącą do mnie z aparatu kilkadziesiąt metrów przed metą.

Wreszcie, przywitany bardzo ładną szarfą ukończyłem ten jak dotąd najtrudniejszy bieg w życiu. Byłem w maksymalnej euforii, wszystko się we mnie radowało! Była też Honorata, której nie chciałem wypuścić z uścisku. Bardzo za nią tęskniłem przez ostatnie kilka godzin 🙂 Andrzej, czyli mój trener mimo koszmarnego zmęczenia podszedł do mnie, by bardzo szczerze pogratulować mi ukończenia biegu.

Chwilę po ochłonięciu zaliczyłem ostatnią Glebę tego cudownego dnia, tym razem produkcji Browaru Kamienica 🙂

Ze strony taktycznej ten bieg został w mojej ocenie rozegrany bardzo dobrze. Dzięki czemu dobiegłem z czasem 8 godzin i 12 minut, zamiast zakładanych 9. Myślę, że w miarę zdobywania doświadczenia mógłbym kiedyś powrócić na tą trasę i zaatakować coś bliżej 7 godzin. Nic z posiadanego wyposażenia nie okazało się zbędne i w pełni sprawdziło pokładane w nim nadzieje. Jedyną, ale i ogromną wpadką było niefortunne dobranie obuwia, chociaż na usprawiedliwienie muszę przyznać, że celowo biegałem w nich dość techniczne trasy by być pewnym ich możliwości. Na szczęście, dzięki wygranej w biegu niebawem mój warsztat zostanie uzupełniony w buty odpowiednie do biegania po Skałach – Inov-8 Trailtalon 290.

_DSC7963

Dekoracja, tak jak cała impreza miała miejsce wieczorem, tuż przy samej mecie. Zaplanowane ognisko bardzo przyjemnie sprzyjało uzupełnianiu niedoborów płynu. Jak zawsze, żal było wracać!

34556029_1746102348781670_5995361263851405312_n.jpg

Po paru dniach od tego startu czuję, że moja miłość do Biegów Górskich wzrosła jeszcze bardziej. Włóczęga po szlakach to jest coś, co kocham i chcę do tego wracać. Na szczęście, po krótkiej regeneracji wracam z przygotowaniami do kolejnej rywalizacji, którą będzie Supermaraton Gór Stołowych.

Pragnę serdecznie podziękować za całe wsparcie mojej ukochanej Żonie, jak również moim partnerom, czyli

#DASHRADE

KALENJI BY DECATHLON POLSKA

SISSEL POLSKA

Zapraszam też na relację mojego przyjaciela – Andrzeja Witka. Dostępną na blogu 140minut.pl

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s