38th Marathón de Valencia, czyli Vamos Vegano

Jestem z tego wyniku szczęśliwy. Jeszcze ponad miesiąc temu niewiele wskazywało, że będę mógł się zbliżyć do tak dobrej formy. Czas 2:40:48 to poprawa mojego tegorocznego rekordu życiowego o niemal 3 minuty. Do ostatnich dni przed startem wcale nie czułem się pewny formy i podszedłem do niego zupełnie na chłodno. 

Kolejny raz okazuje się, że postawa „chłodnego realisty” po prostu mi służy i pozwala na świadomy bieg aż do sytuacji, gdy emocje są konieczne i niosą aż do mety. Wiara w to, żeby próbować ataku na tak dobry wynik nadeszła wraz z ostatnim mocnym treningiem, który wykonałem w środę, już na miejscu w Walencji. Do tego czasu nie byłem pewny, jak zareaguję na subtropikalny grudzień. Warunki panujące na miejscu należały chyba do najbardziej dla mnie przyjaznych. Większość pobytu byłem w dobrym nastroju i korzystałem z uroków tego naprawdę ładnego miasta.

Przedstartowe zdenerwowanie pojawiło się dopiero w sobotnie popołudnie. Po poranku i południu spędzonym na plaży wybrałem się ponownie do centrum zawodów, ulokowanym w Ciudad de las Artes y las Ciencias. Tym razem pojawiłem się tam jako ambasador naszego kraju na skromnej uroczystości powitania uczestników (w piątek bylem odebrać pakiet). Całe expo oraz start i meta były już w pełni przygotowane i dawało to naprawdę niesamowite wrażenie.

 

Na samym wydarzeniu dało się zauważyć spory rozstrzał narodowościowy uczestników (nota bene 47% wszystkich biegaczy przyjechało z zagranicy). Wtedy serce zabiło mocniej, pojawiło się to typowe przedstartowe przejęcie, które już nie odpuszczało. Zrozumiałem że przez ostatnie 42 kilometry sezonu muszę dać z siebie jak najwięcej.

Napięcia nie brakowało również w trakcie porannej pobudki przed startem, a można powiedzieć, że ta nie należała do tych najbardziej udanych. Po umiarkowanie przespanej nocy czułem bardzo duży dyskomfort w krtani (czyli po prostu straciłem głos). Bałem się, czy najgorsze nie przyjdzie już podczas samego biegu. Pocieszające było to, że nie miałem żadnych innych objawów choroby (w trakcie pisania tekstu czuję się delikatnie przeziębiony).

Po krótkim spacerze na miejsce startu zrozumiałem wreszcie, co oznacza bieg tej rangi. Ujrzałem morze ludzi (uczestników było niemal 20 000), które i tak nie należało do tych rekordowych w porównaniu z największymi maratonami w świecie. Skłoniło mnie to do pragmatycznie szybkiej rozgrzewki i wczesnego ustawienia się jak najbliżej początku mojej strefy startowej. Mimo tego, kwadrans przed strzałem startera było już dość tłoczno. Spiker w kilku językach gorąco motywował biegaczy. Podniosłości wydarzenia dodawał fakt licznej obecności przelatujących co chwila śmigłowców. Szukałem jeszcze wzrokiem atakującego swoją życiowkę Krasusa, ale nadzieja na jego znalezienie w tym tłumie była dość nikła. Stałem więc zaopatrzony w cztery żele Dashrade (jedzone co 35 minut) i czekałem na nieuniknione.

Z typowo iberyjskim opóźnieniem, starter wystrzelił minutę później niż planowano, bardzo cichutko. Masa ludzi zaczęła biec w szalonym tempie i głównie przez pierwsze 2 kilometry dbałem o to, żeby dać się wyprzedzić każdemu i nie ulec emocjom grupy. Tak jak przewidywałem, dla wielu zapał zgasł i zaczęło się regularne wyprzedzanie naprawdę sporej liczby zawodników. Niestety, nie wiem na którym miejscu przekraczałem poszczególne punkty kontrolne, ale jestem przekonany że są to liczby robiąca wrażenie. Myślę, że przez cały bieg bardzo dobrze kontrolowałem swoje tempo, co przełożyło się też bezpośrednio na końcowe kilometry.

Sama zaś trasa biegu była oszałamiająca – jest płaska jak stół (nawet jeden fragment jest odcinkiem trasy wyścigów Formuły 1) i wytyczona naprawdę urokliwymi ulicami Walencji.  Najbardziej pamiętam głośny doping, obecny właściwie na każdym kilometrze dystansu. Stąd wziął się też tytuł dzisiejszego wpisu – Vamos Vegano – który po prostu usłyszałem gdzieś za 20 kilometrem. Pokrzepiające były też sporadyczne, ale wyraźnie słyszalne uwagi w języku polskim 🙂

Pierwszą połówkę pokonałem w czasie 1:20:45. Trochę szybciej niż zakładałem, ale mimo tego czułem się doskonale. Świetnym rozwiązaniem dającym komfort było rozdawanie pełnych butelek wody, dzięki czemu najwięcej wylewałem jej na siebie i skutecznie uniknąłem okazji do przegrzania. 

Typowo dla maratonu, kryzys i uczucie, że wszystko zaczyna przeszkadzać nadeszło za 32 km. Organizator postarał się tutaj o ciekawe urozmaicenie i postawił specjalną bramę z napisem ‚Beat the wall’. Starając się utrzymać tempo zbliżałem się do kolejnych grupek. Nie było sensu żeby z nimi pozostawać, ponieważ biegli wyraźnie wolniej od moich założeń. Także mimo, że nie był to samotny bieg, to nad swoim tempem musiałem w ogromnej koncentracji pracować sam. Do tego czasu przestałem się łudzić, że czas 2:3x będzie realny i mózg zaczął kombinować, czy do życiówki nie wystarczy mi tylko dobiec resztę dystansu w całkiem komfortowym tempie 4:00 min/km, czego zresztą bym później pewnie cholernie żałował. 

Na szczęście na 37 kilometrze trafił mi się dobry kompan, jak później sprawdziłem był to biegacz z Izraela, który wyraźnie miał przed sobą cel podobny do mojego, czyli solidną końcówkę. Pomimo że czułem się coraz bardziej paskudnie, to w głowie ciągle trzymałem się myśli, że zostało już tylko te kilka ostatnich kilometrów w sezonie. Tutaj właśnie musiałem sobie pozwolić na wyzwolenie emocji tłumionych od czasu startu i ten przysłowiowy ‚finisz sercem’. Przez ten 3 kilometrowy odcinek ani on, ani ja nie odpuszczaliśmy.

Fot. Runeat.pl

Strategia zadziałała, wyraźnie przyspieszyłem, a nawet odczuwałem poprawę humoru 🙂 39 kilometr przyniósł spotkanie kolejnego znajomego – Łukasza (runeat.pl), dzięki któremu mam bardzo fajne zdjęcie. Niestety za 40 km skurcze łydek dawały się już poważnie w znaki. Tymczasowy kolega odszedł na chwilę do przodu, mimo wszystko wygrałem z nim o ponad minutę, co dało mi potężną dawkę satysfakcji z mocnego finiszu. 

Ostatni kilometr zaczynał się od ostrego jak na całą trasę, prawie 100 metrowego zbiegu. Pamiętam, że wykorzystałem tu doświadczenia wyniesione z gór i całkiem solidnie ‚puściłem nogi’.  Byłem już pogodzony z tym, że sub 2:40 jest dla mnie już poza zasięgiem. Mimo wszystko zaciąłem minę w najgłupszym grymasie i prułem ile sił, wyprzedzając dzięki temu zbyt wcześnie świętujących, których było sporo 🙂

Wpadłem wreszcie na metę, po której musiałem spędzić chwilę na czworakach. Zaraz potem odebrałem swoją torbę finiszera i zostałem dość niemiło zaskoczony brakiem zawieszenia medalu na szyi. Okazało się, że znajduje się on wraz z gratisami w worku. To jest chyba jedyne zastrzeżenie do organizatora. Uważam, że każdy maratończyk zasłużył na takie uhonorowanie przebycia dystansu, poprzedzonego przecież miesiącami wymagających przygotowań. 

 

Mimo fantastycznego dla siebie rezultatu byłem na 325 miejscu w klasyfikacji generalnej. Taka lekcja pokory jest dla mnie ważna i motywuje mnie, by dalej pracować na lepsze wyniki.

Cieszy mnie osiągnięcie Negative Split, co dla mnie na maratonie nie jest już takie proste. Druga połowa była szybsza o minutę, co bardzo ładnie widać na diagramie wziętym z oficjalnych wyników zawodów,

Sam bieg jak i dalsze dni spędzone w Walencji zrodziły myśl, by powrócić tam za 2 lata. Wtedy na pewno zrobię wszystko, by uzyskany rezultat uplasował mnie znacznie wyżej 🙂 

3 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.