Dziwne to półrocze..

Zawaliło mi się blogowanie. Regularnie panuje u mnie przekonanie, że nie mam właściwe niczego interesującego do zrelacjonowania. Zawsze zależało mi na tym, by ten blog niósł  ze sobą nie tylko wspominki, ale przede wszystkim wartość dodaną – choćby w postaci motywacji dla innych. Co jednak poradzić w sytuacji, gdy obecnie uprawiam ruch bo się do niego przyzwyczaiłem i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Jednocześnie rywalizacja choćby z samym sobą zaczyna się nawet w sytuacji gdy muszę się ubrać i wyjść na trening. 

Paradoksalnie sukces maratonu w Walencji nie natchnął mnie do szybkiego powrotu do sportu. Mimo, że byłem tam najszybszy w swojej karierze to odczuwałem wyjątkowe zmęczenie reżimem jaki regularnie towarzyszył mi od wielu miesięcy.  Strasznie śmieszył mnie pomysł kolejnego planowania sobie z góry całego roku startów. Nie sprawiało mi to satysfakcji. Na wiosnę zakładałem wyłącznie dwa główne starty ponieważ zapisywałem się na nie jeszcze jesienią (i jeszcze Zimowy Forest Run, ale to już kompletnie dla zabawy):

– Półmaraton Warszawski, ponieważ miałem ochotę tam pobiec dla #biegamdobrze. Wstępnie zakładałem, że zdołam zbudować wystarczającą formę by spróbować poprawić swój rekord życiowy.

– Dziki Groń (64 km) podczas Festiwalu Biegów w Szczawnicy. Tu zakładałem dość komfortową przygodę, mimo że to mój drugi najdłuższy bieg w życiu. Kocham jednak Ultra, zwłaszcza w kompletnie nieznanych mi rejonach, do których mogłem zaliczyć Beskid Sądecki.

Z początkiem stycznia wystartowaliśmy wraz z Andrzejem Witkiem do realizacji kolejnego cyklu moich przygotowań – w tej materii wiedziałem, że nowsze może być tylko wrogiem dobrego. Banalne było też to, że powrót do treningu do lekkich nie będzie należał. Bardzo liczyłem na to, że uda mi się poprawić swoją szybkość na krótszych dystansach, co jest moją Piętą Achillesową – wyniki na 5 i 10 km nigdy nie były współmierne z rezultatami na dłuższym dystansie. Nie spodziewałem się jednak, że stawie aż taką walkę ze swoim zniechęceniem. Pierwszym jego przejawem był udział w styczniowym City Trail. Pobiegłem ten bieg gorzej niż jakikolwiek wtedy trening. Po równym początku wraz z innymi, głowa szybciutko wygrywała z całym mną hasłem – odpuść to, nie ma sensu. I jakoś turlałem się do tej mety, co już wtedy mnie serio sfrustrowało. Po części zwaliłem winę na nie do końca odpowiednie buty, może też akurat brak dyspozycji dnia – uznałem wtedy jeszcze, że zdarza się. 

Tymczasem zima zaczęła wyjątkowo mi przeszkadzać właściwie we wszystkim. Regularnie miałem bardzo obniżony nastrój, każdy trening zaczynał mi iść właściwie na ‘odwal się’ i też zbierałem się na niego godzinami. Nie przyspieszałem, czułem się niezgrabny i kiepsko trzymałem dietę. Biło to w moje poczucie własnej wartości. Coraz częściej pojawiała się myśl, że te całe bieganie ma naprawdę niewiele sensu – nie daje tej radości, którą odczuwałem latami i była lokomotywą moich pomysłów na kolejne starty. Nadchodziła też spora zmiana w moim życiu zawodowym, miałem serdecznie dość obecnego zajęcia. Mimo znalezienia dobrej posady w nowym zespole nie skakałem z radości – chyba asekurując się przed kolejnym w swoim życiu rozczarowaniem.

Czułem że nie mogę bez końca obciążać swoim problemem najbliższych, bo bywałem nieznośny. Zdecydowałem się na kontakt z psychologiem, który również specjalizuje się w sportowcach. Okres wydawał się idealny – w perspektywie miałem kilka przetarć (Forest Run, Cross Trzebnicki, kolejny City Trail i Wrocławska Dycha). Wierzyłem, że mogę budować Swoje Ja ‘in vivo’. Dzięki tym konsultacjom odrobinę dowiedziałem się o sobie samym. Niestety, nic nie sprawdziło się wobec kolejnych rozczarowań na linii mety. O ile Forest Run traktowałem zabawowo – to jednak przegrać na ostatnich metrach nigdy nie jest fajnie, nawet z Marcinem Wacko, którego bardzo szanuję. Po każdym kolejnym starcie miałem ochotę nie zostawać nawet przez chwilę w danym miejscu i szybko zbierać się do domu w celu rozładowania napięcia. Zupełnie już nie rozumiałem, co jest wreszcie ze mną nie tak, przecież trenuję jak zawsze i dbam o siebie jak mogę.

Punktem kulminacyjnym okazała sie Wrocławska Dycha. Start w mojej ocenie beznadziejny, najgorszy od lat, bo chęć rywalizacji skończyła się u mnie po 3 kilometrach. Nie zszedłem z trasy tylko by utrzymać zobowiązanie wobec swojego sponsora. Nie chowałem już emocji – bez skrępowania byłem bardzo krytyczny wobec siebie nawet przy obcych sobie osobach.

Zaraz potem miałem jeden z dziwniejszych tygodni w życiu. Zdecydowałem się zrobić sobie badania krwi które wykazały bardzo obniżony testosteronu. Na domiar złego zupełnie bez ostrzeżenia siadły mi oba kolana – pierwszy raz miałem coś takiego, że dostałem obrzęku i przestały się zginać. Stało się to wszystko też bardzo niepokojące dla mnie i trenera Andrzeja Witka, z którym musieliśmy odbyć szczerą rozmowę.

W tym momencie przewartościowałem sobie wiele spraw. Wiedziałem już, że coś jest bardzo mocno nie tak i to przeszkadza w uprawianiu sportu w formie, do której przywykłem. Zeszło bardzo nieprzyjemne napięcie, które siedziało we mnie. Starty i poprawy życiówek stały się względne. Oczywiście było mi niesamowicie przykro z powodu zmarnowanych szans, tylko że nie miałem zupełnie wpływu na to co się ze mną stało. Priorytetem stało się wyjaśnienie mojego stanu zdrowia. Na szczęście dalsza diagnostyka nie potwierdziła niczego niepokojącego i po kilku dniach odpoczynku parametry krwii doszły do normy. Całość stała się dla mnie wyraźnym sygnałem by czas pomyśleć, co dla mnie jest w życiu ważne.

Zrezygnowałem z dalszych wizyt u psychologa. Nie przynosiły zbyt dużej poprawy i kosztowały mnie zbyt dużo – lepszy efekt terapeutyczny przyniosłaby szczera integracja z innymi sportowcami. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że wyniosłem zupełnie nic. Poznałem kilka metod, dzięki którym mogłem spróbować sobie poradzić podczas największych trudności podczas zawodów. Najgorzej, że nie wiem czy tak naprawdę jestem w pełny zdrowy umysłowo – depresja często zdarza się ludziom którzy podobnie jak ja, cierpią na niedoczynność tarczycy.

Jakoś dopłynąłem do Półmaratonu Warszawskiego. Oczywiście, marzenie o biegu 1:15:00 było już awykonalne. Zjawiłem się na miejscu wyjątkowo wyluzowany, no bo czym się przejmować skoro z góry wiedziałem jaki będzie rezultat biegu. Najważniejszy cel był już osiągnięty – zebrałem całkiem okrągłą sumkę dla Fundacji WWF w ramach akcji #biegamdobrze. Chwilę przed startem spotkałem Andrzeja (który tego dnia miał super gaz) i odrobinę zmotywował mnie, by się mimo wszystko postarać. Pobiegłem w sumie tak mocno, że przysłowiowa ‚bomba’ złapała mnie na 11 km i mimo, że rezultat na mecie był gorszy o całe 2 minuty niż rok wcześniej to bieg mi się podobał. Przede wszystkim dlatego, bo mimo wszelkiej kumulacji przeciwności losu nie odpuściłem. W sumie to więcej mi dało niż wizyty u psychologa.

Nadszedł kwiecień, sezon biegów górskich. Poczułem się bardzo doceniony zaproszeniem mnie przez Rafała i Błażeja do drużyny RateMyTrail.com i udziału w Sztafecie Górskiej. Było to dobre przetarcie przed nadchodzącym ultra wyzwaniem w Szczawnicy, jak również odskocznia – przygoda bez zbędnych sentymentów jakie sobie regularnie narzucałem przez lata z każdym startem. W mojej ocenie swój odcinek pokonałem bardzo dobrze, kończąc go na 8 miejscu w generalce. Sama formuła zawodów była bardzo interesująca i z miłą chęcią będę skłonny ją kiedyś powtórzyć.

W końcu dotarliśmy do Biegów w Szczawnicy. Beznamiętne podejście do tak długiego biegu nie rokowało wielkiego sukcesu. Wiedziałem, że nie mam szans rywalizować z najlepszymi na tej trasie bo byłem już tylko cieniem samego siebie z Walencji. Głównie skupiłem się na podziwianiu okolic, w których nigdy jak dotąd nie byłem i próbie chociaż minimalnego wchłonięcia atmosfery tak dobrze zorganizowanej imprezy. Największym paradoksem było to, że nie czułem zupełnie presji aż… do nocy przed startem. Bardziej chyba jednak związane to było z samym poczuciem braku przygotowania w stopniu mnie zadowalającym. Nie było już wyjścia i trzeba było ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje. Wycofanie się, mimo że jest czasem bardzo racjonalne nie jest w moim stylu.

Po praktycznie nieprzespanej nocy stawiłem się w towarzystwie Honoraty na starcie Dzikiego Gronia. Gdybym wierzył chociaż w połowie w siebie tak bardzo, jak Ona we mnie to pewnie biegłoby mi się łatwiej. Nawet i trafiło się chwilami 5 miejsce open, jednak rywalizacja na trasie skończyła się w sumie po 45 kilometrze, gdy targany skurczami po prostu turlałem się od punktu do punktu. Cierpienie to było rekompensowane naprawdę wyjątkowo urokliwą trasą Beskidu Sądeckiego. Co mi jednak po przepięknych górach i pełnych wyzwań podejściach gdy nie mogłem ich pokonywać tak, jak potrafiłem to robić jeszcze niedawno? Dotarcie do mety nie było radosne. Czułem tylko ulgę że zrealizowałem swój plan kompletnego minimum zamknięcia się w czasie 7 godzin i 15 minut. Kompletnie wypruty starałem się już resztę dnia jako tako nie myśleć o złu, jakie sobie uczyniłem.

Co teraz? Skoncentrowałem się wyłącznie na treningu do dwóch wyzwań, jakie postawiłem sobie przed sierpniowym urlopem. Mam zamiar wystartować w Chojniku 29 km i Złotym Maratonie w Lądku, co samo w sobie będzie interesujące bowiem obie imprezy dzieli tylko tygodniowa przerwa. Niestety mimo ambitnego podejścia do reżimu wciąż dalej nie umiem odnaleźć ‚prądu w nogach’. Bardzo się męczę, rzadko kiedy biegam w komforcie, a przy mocniejszych jednostkach po prostu cierpię. Wiem, że mam do biegania twardą głowę ale bardzo kruchą, gdy nie ma jakości w tym co staram się osiągnąć.

Nareszcie zrealizowałem swoje długoterminowe marzenie o posiadaniu roweru treningowego – padło na szutrowy Kellys SOOT 50 z którego jestem bardzo zadowolony. Wciąż odkrywam nowy wymiar przyjemności z szybkiego pokonywania ścieżek, które dotąd regularnie udeptywałem. Gdy mam okazję wyjeżdżam też znacznie dalej, próbuję swoich sił i mam z tego satysfakcję. Uważam, że w dalszej perspektywie rower będzie znakomitym uzupełnieniem mojego treningu, gdy bieganie wróci już na właściwe tory…

Chyba najłatwiej swój obecny stan mogę nazwać wypaleniem. Brakuje mi bodźca, który skutecznie mógłby dać mi stałą satysfakcję. Brakuje mi takiej banalnej chęci działania w czymkolwiek związanym z bieganiem. Nie mam pojęcia, jaką drogą do tego podążyć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.