Przemiana

prolog_zdjecie2

Wczesne lata

Od dzieciństwa potrafiłem za sobą usłyszeć określenie „spaślak” i z tego powodu niejednokrotnie łapały mnie kompleksy. Dodatkowo, nawyki żywieniowe lat 90 zupełnie nie służyły poprawie mojej młodej „tuszki”.

Jednym z najbardziej zapisujących się w mojej pamięci wspomnień z tamtych lat jest sen, w którym śniło mi się, że spotykam w niebie swojego kolegę, który w tamtych czasach również był przy kości. Stwierdziłem że jest to oczywiste, że tak młodo się tam widzimy, w końcu grubi umierają szybciej.

Sportowy młodzieniec

W młodości uprawiałem kilka dyscyplin sportowych i podejmowałem też próby zejścia do normalnej wagi – między innymi trenowałam kajakarstwo, które całkiem nieźle wyciągnęło mnie kondycyjnie i po raz pierwszy mogłem poczuć, jak to jest być szczupłym.

Oprócz przyjemności pływania po Odrze i jeziorach już wtedy odkryłem, że jednym z moich ulubionych elementów treningu były wybiegania, zwłaszcza te wokół jeziora w Choszcznie podczas obozów sportowych. To był jeden z tych niewielu momentów, w których mogłem zostać zupełnie sam ze swoimi myślami i działało to na mnie niezwykle odprężająco.

Następnie próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, a dokładnej w pchnięciu kulą, gdyż niestety znów stawałem się powoli „miśkowaty”. Niestety jeden z tych treningów okazał się dla mnie wieloletnią zgubą w postaci zwichnięcia kolana….

Po zastosowanej kuracji (głównie objawowej) przez lata żyłem w przekonaniu, że powinienem unikać aktywności fizycznej, która mogłaby doprowadzić do przeciążeń nóg i kolejnej kontuzji kolana. Tym sposobem przeszedłem w tryb młodzieńczo-kanapowy, moją główną aktywnością fizyczną było włóczenie się, surfowanie po internecie oraz używki.

Okres sportowego marazmu

Od tamtego momentu rozpoczęło się moje wieloletnie tycie i kiedy zauważyłem jak jest ono poważne, moja waga dobijała już do 100 kg. To był rok 2010, kiedy nastąpił mój pierwszy ‚plan ratunkow’y i wstępne próby powrotu do normalnej wagi.

Wybrałem bieganie, a mój zapał był wręcz niewiarygodny! Kupiłem Kalenji Ekiden 75 i dostatecznie szerokie dresy, żeby nie było widać jak bardzo jestem gruby. Truchtałem te 3 km jak najpóźniejszą nocą, by nikt nie zauważył mojej komicznie wyglądającej i zasapanej postaci, starającej się za wszelką cenę zrzucić nadprogramowe kilogramy.

Zarazem nie miałem jeszcze zielonego pojęcia o diecie (ani zdrowym odżywianiu), więc ponoszony wysiłek był bardzo szybko nadrabiany kaloriami z jedzenia. Zdarzało mi się również chodzić biegać po piwie, a obowiązkowym elementem schłodzenia bywał papieros.

Po kilku tygodniach pojawił się pierwszy ból kolan, mój zapał zgasł. Kilka miesięcy później wykonałem badania, które wykazały u mnie niedoczynność tarczycy, a której objawy były jedną z głównych przyczyn mojej nadwagi. Świadomość nieuleczalności tego schorzenia doprowadziła mnie do jeszcze bardziej przygnębiających myśli, przy których bieganie wydawało się być bezsensowne. Zawiesiłem wtedy swoje Kalenji na sznurku.

Następne 2 lata były pasmem coraz większego wycofywania się z kontaktów międzyludzkich – czułem się naprawdę źle w swoimi ciele, ale zarazem czułem się skazany na swój wygląd. Zdarzały się też sytuacje z pozoru komiczne, jak pęknięcie garnituru podczas powrotu z obrony pracy inżynierskiej… Co jakiś czas bywały krótkie (może dwutygodniowe) zrywy, po których efektu i tak nie byłoby widać.

Aż nadszedł rok 2013….. Kończyłem swoją pracę magisterską, a poza jej pisaniem nie stroniłem od specjałów typu kebab, pizza i podwójny tatar. Były Święta Wielkanocne, a moja domowa waga po „sytym” świątecznym dniu pokazała, że ważę prawie 112 kg… Po kolejnej, corocznej wyżerce coś we mnie pękło i stwierdziłem, że potrzebuję radykalnych działań, jeśli chcę coś w tym życiu osiągnąć.

Przejście na wegetarianizm

Wybór wegetarianizmu wydawał mi się wystarczająco radykalny, a zarazem zgodny z moim systemem wartości, gdyż aktywnie udzielałem się na polu niesienia pomocy bezdomnym zwierzętom. Tak naprawdę pierwsze myśli o wegetarianizmie pojawiały się w mojej głowie już w 2006 roku, jednakże uległem wtedy presji rodziny i otoczenia przez co dość szybko zaniechałem tej próby.

Rok 2013 prezentował natomiast zupełnie inne realia – mieszkałem sam, a moim głównym źródłem komunikacji z innymi oprócz najbliższych był internet. Pierwszą osobą, której oznajmiłem o tym, że przechodzę na wegetarianizm była moja ówczesna dziewczyna (a obecnie Żona 🙂 ), która słusznie zresztą założyła, że to pewnie tylko kolejny z moich zrywów, jakie miewałem okazje prezentować na przełomie lat, a to jeszcze bardziej mnie zmotywowało do bycia konsekwentnym w swoich działaniach. Z zacięciem zająłem się sprawdzaniem każdego w miarę rozsądnego finansowo przepisu 🙂

Zaskakująco szybko zacząłem tracić kilogramy, zarazem wcale nie będąc głodnym. Przy sporym udziale jazdy na rowerze górskim z początkowych 111 kg moja waga spadła do 91,6 kg w ciągu zaledwie 1,5 miesiąca (od 8 kwietnia do 20 maja).

I kiedy wszystko szło już dobrze, na mojej drodze do schudnięcia pojawiła się pierwsza przeszkoda, a mianowicie strzeliła korba w moim rowerze. Jak na mój ówczesny skromny, bo studencki budżet ta awaria była niemożliwa do szybkiej naprawy.

Miałem w zanadrzu plan awaryjny – Kalenji sprzed 3 lat, które wystarczyło tylko odkurzyć, aby znów dzielnie służyły mi na ścieżkach biegowych. Jedyne czego wtedy potrzebowałem to już trochę węższych dresów, gdyż poprzednie po prostu ze mnie spadały.

Pierwszy bieg.

20 maja wybrałem się na moje pierwsze bieganie, przed którym nawet coś tam poczytałem na temat treningu, że trzeba zacząć ostrożnie i powoli. Pełen zapału zdecydowałem na wariant ekstremalny, czyli 9 km w komfortowym tempie. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie pierwszy mijany biegacz, był to pan z wyglądu grubo po 50, który pozdrowił mnie wysokim uniesieniem dłoni i powiedział „cześć”. Poczułem wtedy pierwszy raz atmosferę więzi, jaka występuje między biegaczami (obecnie już jest ona rzadsza).

Zrodziła się też wtedy moja maksyma, która jest właściwie do dzisiaj dla mnie myślą przewodnią i która powinna szumieć w głowie każdego biegacza, bez względu na cele i prezentowany poziom sportowy – „Nieważne jak wyglądasz, i jak człapiesz. Ważne że robisz coś co niesie ci frajdę i sprawia, że czujesz się lepiej”.

Po tym wybieganiu przez tydzień ledwo wchodziłem po schodach, ale od dawna nie byłem z siebie tak zadowolony 😀 Jak tylko wydobrzałem, przestudiowałem plany treningowe dla początkujących. Wśród nich znalazł się jeden o tytule „Maraton w 5:30 – 30 tygodni dla biegających 3 i 4 razy w tygodniu”, każdy chętny może go sprawdzić tutaj. Wielką inspiracją dla mnie była też postać „Małego” z blogu Biegacz z Północy, który po tytanicznej pracy już wtedy osiągnął fenomenalne efekty schudnięcia – dla zainteresowanych link znajdziecie tutaj.

Z żelazną konsekwencją wykonywałem ten 30 tygodniowy trening, a jako chroniczny introwertyk miałem założenie, że jeżeli ten plan wykonam w całości, to po tych 30 tygodniach będę chciał ten pierwszy, własny maraton przebiec całkowicie w samotności po ulubionym Lesie Osobowickim. Plany się na szczęście zmieniły 🙂

Pierwszy Start

W ciągu zaledwie miesiąca od rozpoczęcia biegania moja waga z 91,6 kg spadła do 83 kg i ciągle szła w dół. Zdecydowałem się wówczas na swój pierwszy w życiu start w zawodach biegowych – skoro byłem w stanie na luzaku przebiec 10 km w 50 minut, to czemu nie spróbować swoich sił w dorocznym 14. Biegu Śladem Konia na dystansie 4200 m.

Na trasie prawie wyplułem sobie płuca i finiszowałem z

15

czasem 19:35,4 min na 63 pozycji. Po biegu miałem ogromny wyrzut endorfin i dość specyficzną statuetkę, który do dziś wyróżnia się na mojej półce z trofeami.

Postanowiłem również zmienić sposób trenowania – wiedziałem już, że nie zdążę rzetelnie się przygotować na żadne większe zawody, ale cieszyłem się swoimi 74 kilogramami, które przywitałem już we wrześniu 2013 roku i z optymizmem patrzyłem na nowy sezon. Swoje pierwsze 20 kilometrowe rozbieganie wykonałem w dniu 31 Maratonu Wrocławskiego.

Pojawiały się oczywiście przejściowe problemy początkującego biegacza takie jak drobne kontuzje czy też brak motywacji, jednakże przezwyciężałem je stopniowymi krokami w pracy nad sobą.

Atak na zapał

Przełom 2013 i 2014 roku, był okresem spokojnych wybiegań i utrwalania nawyków żywieniowych w celu ustabilizowania wagi. Sprawdzałem też sposoby na osiągnięcie balansu między czasem na bieganie, pracą, a życiem osobistym. Ponadto, jeszcze nie do końca wiedziałem co dalej z tym moim bieganiem dalej nastąpi.

W związku z tym, że moje pierwsze Kalenji miały już zdecydowanie dość, w styczniu na promocji zakupiłem bez przemyślenia buty ASICS GT 1000 co okupiłem kilkutygodniową przerwą od biegania wskutek doznania ITBS (z ang. iliotibial band syndrome, czyli zespół pasma biodrowo-piszczelowego) i niezłym strachem przed efektem jo-jo.

Półmaraton na horyzoncie

Jeszcze z lekkim bólem. W końcówce kwietnia zdecydowałem się zapisać na 2. Nocny Półmaraton Wrocławski (lub jak mówią dowcipni – 1. Legalny Nocny Półmaraton Wrocławski 😉 ). Po dokładnym doborze obuwia w sklepie biegowym, zakupiłem buty z prawdziwego zdarzenia – Brooks Aduro, które przyniosły mi ogromną ulgę w problemach ze wspomnianym wcześniej bólem. Niestety, były one za małe więc wytrzymały tylko 4 miesiące. W treningu do półmaratonu korzystałem z planu treningowego dostępnego na stronie bieganie.pl (zainteresowanych odsyłam tutaj). Moja waga ustabilizowała się w maju 2014 na poziomie 68 kg.

Pożegnanie z nikotyną

Przez cały dotychczasowy okres mojego biegania nie byłem w stanie rozstać się z jedną „przyjemnością” ze swojej przeszłości. Było to palenie, którego początki sięgały ukradkowego popalania od 2002 roku (z 3 letnia przerwą), aż po gruby nałóg od 2007 roku.

W obecnej perspektywie mam wrażenie, że to również był ukryty element własnej autodestrukcji, depresji podkręconej objawami niedoczynności tarczycy. Ani razu nie czułem się szczęśliwy z tym że palę, ale zarazem nie miałem ochoty zmieniać tego stanu rzeczy. W momencie rozpoczęcia biegania mój nikotynizm od 2 lat przejawiał się głównie w postaci wchłaniania najmocniejszego dostępnego liquidu z epapierosów, więc wciąż aktywnie podtruwałem swój organizm – być może nawet znacznie mocniej niż w przypadku palenia tradycyjnych papierosów. Wiedziałem, że jako regularny biegacz muszę zmienić ten stan rzeczy.

Na 2 tygodnie przed startem w półmaratonie (1 czerwca) bateria w moim elektronicznym cacuszku ostatecznie dokonała żywota i zamiast kupować nową, postanowiłem stoczyć kolejną w tym krótkim okresie walkę. Wybrałem metodę zwaną „Cold Turkey” polegającą na radykalnym odcięciu się od źródła uzależnienia i chodziłem biegać, co szło mi w początkowej fazie znacznie gorzej niż dotychczas, bo przez pierwsze 4 dni od zaprzestania palenia trzęsłem się jak heroinista na głodzie.

Na szczęście, nie palę do dziś. Popularnego efektu przytycia również nie zauważyłem, jednak wyciągnąłem z tego naukę, że nałogowcem pozostanę już chyba na zawsze.

Pierwsza połówa

W dniu startu (14.06.2014) moje poddenerwowanie sięgało zenitu. Kalkulatory biegowe i samodzielnie wykonywane sprawdziany wykazywały, że jestem w stanie pobiec w debiucie magiczny czas 01:30 h, a nawet ciut poniżej tego czasu. Zaraz przed startem z powodu nerwów zostawiłem swojej narzeczonej nawet opaskę z telefonem i zdecydowałem się biec polegając wyłącznie na własnym samopoczuciu oraz trzymać się pacemakerów.

Po pierwszych 5 kilometrach od linii startu odniosłem wrażenie, że obaj panowie z balonikami biegną bardzo nierówno, więc oderwałem się od grupy i postanowiłem biec sam. Wkrótce dołączył do mnie Rafał, który po dziś dzień jest moim serdecznym kolegą i jak się też okazało znacznie bardziej doświadczonym biegaczem. On również zamierzał przebiec ten półmaraton poniżej 01:30h.

W sympatycznej atmosferze nie zdołaliśmy się nawet zorientować, że biegniemy na lepszy czas niż zakładany. Po mojej pierwszej biegowej batalii głowy z nogami na ostatnich 3 kilometrach, stawiłem się na mecie z czasem 01:27:59. Czujem się jak Mistrz Świata w Odchudzaniu, bo przecież rok wcześniej ledwo dreptałem Bieg Śladem Konia! 😀

Kompletnie oszołomiony tak świetnym rezultatem, postanowiłem dokonać wyczynu jeszcze bardziej zaskakującego i niewiele myśląc,  pobiec swój pierwszy maraton (a zdecydowałem się na 32 Maraton Wrocławski) w czasie 03:00h.

Trening do pierwszego Maratonu

Jako metodę treningową wybrałem mega-katujący plan (dla zainteresowanych tutaj, ale uwaga – oglądacie na zdecydowanie własną odpowiedzialność!), który postanowiłem dostosować do swoich potrzeb i nieświadomy konsekwencji przesunąłem aktywności sobotnie na niedziele.

W lipcu osiągnąłem swoją najniższą wagę – 66,5 kg. Zupełnie olewałem ćwiczenia siłowe, ale dbałem o dobre rozciąganie i jak największy kilometraż, przez co wiecznie poruszałem się na bardzo zmęczonych nogach.

W sierpniu postanowiłem przebiec dwa półmaratony:

  • 4. Półmaraton Henrykowski, który był pierwszym startem po pagórkach i zdecydowanie ostatnim startem w trakcie 35 stopniowego upału (01:29:58)
  • 15. Toyota Półmaraton Wałbrzych, w którym poprawiłem swoją życiówkę na 01:26:21 i pewnie byłoby lepiej, gdybym nie musiał trzykrotnie sznurować butów podczas biegu (polecam te zawody ze względu na dość specyficzną trasę).

Z chirurgiczną wręcz precyzją wykonywałem swój trening i potrafiłem utrzymać tempo 04:15 min/km z tętnem 168 BPM co wydawało się dobrą prognozą. Bardzo mocno wkręciłem się też w książkę „Jedz i Biegaj” Scotta Jurka i myślałem, że jestem na prostej drodze do sukcesu.

Pierwszy Maraton

Ostatnie tygodnie przed startem obfitowały w mnogość przed-maratońskich rytuałów. Miałem starannie dobrane i sprawdzone buty Brooks Launch wraz ze strojem, ustawione splity w zegarku i potężną nerwowość w ostatnich dniach tuż „przed”. Wiedziałem już, że zdecydowanie zaniedbałem ćwiczenia siłowe i starałem się to jeszcze jakoś nadrobić na pagórkach, ale mimo to byłem pewny swego.

W dniu startu wszystko zdawało się być przeciwko mnie (problemy z dojazdem), ale zdołałem znaleźć się na linii startu o czasie. Starałem się trzymać swojego planu i nie dać się porwać z tłumem. Na 10 kilometrze trasy spotkałem Maćka – swojego pierwszego znajomego Vege Runnera w życiu (który całkiem niedawno wcielił się w role świadka na moim ślubie 🙂 ). Postanowiłem się do niego podłączyć i niestety zdecydowanie za dużo gadałem.

Kiedy nadszedł 22 kilometr, początkowo coś przestało grać u mnie z tętnem – było ono zbyt wysokie. Musiałem zwolnić i pożegnać Maćka, który był już wtedy wytrawnym maratończykiem. Po 32 km rozpoczęła się moja najgorsza ściana w życiu, podczas której głównie spacerowałem i byłem coraz bardziej na siebie wściekły. Kompletnie obolały dotarłem do mety z czasem 03:29:47 . Po drodze widziałem wiele dramatów i sam zamiast się cieszyć ukończeniem maratonu byłem w rozpaczy.

17
Ilustracja poglądowa pt. „Jak nigdy nie powinno się wyglądać na mecie swojego pierwszego maratonu”.

Po tygodniu postanowiłem się odkuć.

Osłodzenie goryczy

Znalazłem bardzo ciekawy plan treningowy, który wykorzystywał bazę tlenową z treningu maratońskiego (zainteresowanych odsyłam tutaj) i zapisałem się na 1 Cracovia Półmaraton Królewski, który mówiąc krótko bardzo zmotywował mnie do nowego sezonu, gdyż ukończyłem go z czasem 01:20:59 🙂

19
Goniąc życiówkę 🙂

Po tym sukcesie, szybciutko zdecydowałem się zaplanować z góry cały sezon 2015 i przygotować się do maratońskiego „łamania trójki” najlepiej jak będę mógł!

Był to czas, kiedy moja głowa wystudziła się co do realności zamierzonych celów biegowych, a zarazem zacząłem ze swojej pasji czerpać więcej przyjemności. Oczywiście nie obyło się też bez przeciwności losu 🙂

Orka i Siew

Po sezonie 2014 moje przygotowania do ostatecznego złamania popularnej „trójki” ruszyły z wielką determinacją. Ustaliłem, że biegiem zero będzie Orlen Warsaw Maraton, który miał się odbyć 26 kwietnia 2015, a biegiem sprawdzianowym będzie Półmaraton Ślężański który miał miejsce 21 marca. Po przestudiowaniu kilku planów treningowych (wykonany już wcześniej plan „po niemiecku” kategorycznie trafił na moją czarną listę 🙂 ) zdecydowałem się przygotować według metody pana Jerzego Skarżyńskiego, która prawdopodobnie ma tyle samo zwolenników jak i przeciwników (dla zainteresowanych jeden z wariantów tego planu znajduje się tutaj – prawdopodobnie nie jest on aktualny w porównaniu z treściami prezentowanymi w książkach tego autora).

Dużo zmieniło się w moim planie dnia – miałem generalny remont całego mieszkania, przez co większość planu wykonałem na „uchodźstwie”, w otoczeniu Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu oraz pól wokół Mirkowa. Ze względu na demolkę całego poprzedniego obuwia biegowego zakupiłem parę New Balance 890 v4, które szczęśliwie jako pierwsze przetrwały swój żywot bez przetarć 😉 Miałem też w kolekcji swoje pierwsze buty trailowe – Puma Faas 300 TR.

Z wielką precyzją wykonywałem najbardziej wyczerpujące sesje treningowe, a zarazem odkryłem że siłą dobrego planu treningowego wcale nie jest to, żeby umierać następnego dnia – stąd też właśnie odczucie „nowej jakości”, gdyż nie byłem przemęczony i wyraźnie widziałem jak szybko rośnie moja wydolność. Ponadto, wreszcie wdrożyłem do treningu ćwiczenia mające na celu całościowe wzmocnienie organizmu (mówiąc krótko – siłka w domu).

Łapka w dół

Największą przeciwnością losu w tym okresie była właśnie moja tymczasowa przeprowadzka, a dokładniej nieznajomość terenu po którym wykonywałem treningi – pewnego dnia pod ówczesnym domem zaliczyłem glebę o próg zwalniający wskutek której moja najważniejsza ręka, czyli lewa, trafiła w gips, a ja miałem dwutygodniowego bana na bieganie.

Wizja realizacji mojego planu treningowego stanęła pod dużym znakiem zapytania, a ja wpadłem w „czarną rozpacz” 🙂 Na szczęście nie przytyłem, mimo że spożycie słodyczy biło wtedy rekordy.

Powrót do zamierzonego cyklu treningowego nastąpił zaledwie na dwa tygodnie przed pierwszym startem w sezonie, czyli Półmaratonem Ślężańskim. Ostatecznie postanowiłem ten start potraktować jako sesję treningową w tempie ciut szybszym niż maratońskim i stawiłem się na mecie z czasem 01:26:56, co mogło być pocieszające ze względu na fakt, że ledwo wróciłem do biegania.

Nie samo bieganie

Duża rolę w przygotowaniach odegrała sprawa moich pierwszych konsultacji fizjoterapeutycznych, do których doszło całkiem przypadkowo, ponieważ wygrałem voucher na bezpłatną sesję strechingową z fizjoterapeutą. Po pełnej diagnozie byłem zaskoczony swoimi niedostatkami sprawnościowymi o których dotychczas nie miałem pojęcia, a które odgrywają wielką rolę w bezpiecznym uprawianiu biegania.

Pozostała część mojego planu treningowego poszła bez większych komplikacji. Postanowiłem też ponownie zaryzykować z Asics i specjalnie na potrzeby Orlen Warsaw Maraton zakupiłem swoje pierwsze startówki – Asics Gel DS Sky Speed 3.

Przez cały tydzień poprzedzający start znów byłem w magicznym rytuale przygotowań przedmaratońskich. Do Warszawy przyjechałem dzień przed startem i może to Was rozbawić, ale była to moja pierwsza wizyta w stolicy 😉 Zdecydowałem się też pierwszy raz godnie reprezentować klub z którym się identyfikuję – Vege Runners i specjalnie na te potrzeby pożyczyłem klubową koszulkę startową.

Finał

Przed startem zupełnie już na spokojnie przyjmowałem dystans z jakim zdarzy mi się zmierzyć. Dzięki odpowiednio zrealizowanemu planowi treningowemu czułem się w pełni przygotowany do zrealizowania zamierzonego celu. Oczywiście wyruszyłem wraz z pacemakerami, którzy byli obecni na Orlen Warsaw Maraton, w przeciwieństwie do mojego zeszłorocznego debiutu we Wrocławiu.

Przez większość dystansu czułem się niewiarygodnie zrelaksowany tempem biegu, pomimo że warunki atmosferyczne tego dnia były paskudne ze względu na zimno, deszcz i bardzo śliską nawierzchnię. Wyjątkowo przypadł mi do gustu ten przyspieszony plan zwiedzania stolicy 😉 Po drodze miałem okazję spotkać kilku Vege Runnersów, a przez długi dystans towarzyszył mi też jeden z nich – Michał, któremu niestety złamać „trójkę” było dane dopiero rok później.

Przemiana_vol_3_tresc.jpg

Na 35 kilometrze trasy czułem się wystarczająco dobrze by zaatakować czas lepszy, niż zakładałem i postanowiłem oderwać się od peletonu. Dopiero na 41 kilometrze dopadło mnie nieprzyjemne zmęczenie i musiałem delikatnie zwolnić, co nie przeszkodziło mi w osiągnięciu celu i dotarłem do mety z czasem 02:58:42.

Niesamowicie wzruszony wiedziałem, że tym razem nie muszę się czegokolwiek wstydzić odnośnie mojej osoby, przebyłem ogromną drogę by być w tym miejscu i czasie. I zupełnie nie przeszkadzał mi fakt, że otrzymany medal był przebrzydki 😀

Przemiana_vol_3_tresc2.jpg
Wzruszenie 🙂

Tymi słowami kończę tę historię. Proces przemiany się dokonał. Oczywiście wciąż w swojej pasji się rozwijam, stale poszerzam swoją wiedzę i staram się też uczyć od innych, bardziej doświadczonych biegaczy, co sprawia mi wielką frajdę.

Coraz mniej też pamiętam jak to było być tak niezdarnym jak dawniej. Na nowo nauczyłem się bardzo dużo o sobie i o sile swojej konsekwencji, kiedy potrafię uwierzyć, że coś może odnieść pozytywny skutek.